piątek, 18 sierpnia 2017

Pod jednym niebem ~ rozdział 36

         

          Było już dawno po ciszy nocnej, gdy pewien jasnowłosy Ślizgon opuścił swoje dormitorium i udał się w stronę kamiennych, ruchomych schodów. Zatrzymał się w holu, rozejrzał uważnie dookoła i dopiero wtedy, kiedy stwierdził, że na horyzoncie nie było żywej duszy, wyjął zza pazuchy swoją ciemnobrązową różdżkę. Wydobywający się z niej jasny snop światła, oświetlał mu drogę, podczas gdy wspinał się wyżej i wyżej.
        W zamku panowała wyjątkowa cisza, przerywana jedynie odległym tykaniem zegara. Postaci już od dawna drzemały w ramach swych obrazów, wydając co chwilę ciche pomruki, a korytarze zionęły pustkami, jeśli nie liczyć licznych zaczarowanych rzeźb, posągów i starych zbroi rycerzy.
        Draco wiedział, że jest teraz zupełnie sam, ale wcale się tak nie czuł. Parę razy przystanął w miejscu i obejrzał się za siebie, ale jak też przypuszczał, nikogo nie dostrzegł. Doznał dziwnego wrażenia, że jest śledzony. O ile nie podążała za nim żadna niewidzialna postać, ani głupi nauczyciel, to chyba zaczynał wpadać w paranoję. Od dłuższego czasu odczuwał irracjonalny, nieuzasadniony lęk, czuł się ciągle obserwowany. Sam już nie był pewien czy to z powodu tego, że stał się śmierciożercą, przez co zachowywał się jeszcze ostrożniej niż wcześniej; czy przez postać Dominica Owneya, na którego zaczął, niby przypadkowo, często wpadać na korytarzach; lub może dzięki Snape’owi, który pojawiał się prawie zawsze, kiedy był sam i wkoło przypominał mu o niesamowitej wadze powierzonego mu zadania; albo po prostu... to Hermiona działała niego w taki właśnie sposób. Jego Granger, która zawsze wypatrywała go w tłumie, a gdy już go znalazła, taksowała spojrzeniem od stóp do głów, po czym posyłała mu pokrzepiający i zarazem delikatny uśmiech, zupełnie jakby bała się jego reakcji… A on starał się ją zrozumieć, normalnie funkcjonować i wierzyć, że jeszcze kiedyś mu zaufa. Z każdym nowym dniem zdawał sobie sprawę, jak bardzo się od siebie oddalali, jak dziewczyna zmieniła się w nastawieniu do niego, po tym, kiedy cała prawda wyszła na jaw. Po ich bolesnej rozmowie w sowiarni.
        Kiedy chłopak znalazł się wreszcie na siódmym piętrze i stanął przed posągiem gargulca, zaklął nagle pod nosem, uświadamiając sobie, że nie znał hasła. Jak mógł być taki głupi i pomyśleć o każdym szczególe tego spotkania, tylko nie o tym? Wreszcie zdecydował się na wyjawienie wszystkiego Dumbledore’owi, ale wyszło na to, że nici z jego dobrych chęci i planów. Zgodnie z obietnicą złożoną Hermionie, miał już z nim porozmawiać tydzień temu, ale nie mógł się przełamać, podejść do człowieka, którym gardził przez całe sześć lat i powierzyć mu ot tak całego sekretu. Ta decyzja mogła zrujnować mu całe życie, skazać go na śmierć, ale inaczej Granger na pewno by go porzuciła, a czymże świat był bez niej? Nawet  jeśli czasem był oschły, zimny i nieprzyjemny, wciąż posiadał swoje uczucia i nigdy nie mógł sobie pozwolić, by stracić tę jedyną osobę, która wierzyła w jego dobre sumienie, szczerze go kochała i dawała mu tyle szczęścia. Prościej mówiąć: trzymała go żywego w tym podłym, okrutnym świecie.
        — Czy miał pan jakiś specjalny powód, żeby znaleźć się w tej części zamku, panie Malfoy? — odezwał się nagle nieco ochrypły głos po jego prawej stronie — Jeśli nie, muszę panu przypomnieć, że opuszczanie swojego dormitorium po ciszy nocnej, grozi szlabanem oraz utratą punktów.
        Draco niemal podskoczył w miejscu, gdy dyrektor szkoły, wyrósł nagle spod ziemi. Dawno nikt nie zaskoczył go takim przybyciem; był zawsze świadomy tego, że ktoś się zbliżał, wyczuwał dużo wcześniej czyjąś obecność lub słyszał kroki, a teraz nic… Ostatecznie uznał, że za bardzo się zamyślił albo po prostu Dumbledore się teleportował, co było zupełnie pozbawione sensu na terenie szkoły. Ale kto wie, przecież on w jego oczach uchodził za kompletnego szaleńca.
        — Mam panu coś do powiedzenia — oznajmił pewnym głosem, nie dając po sobie poznać, jak bardzo się wahał.
        Mężczyzna nie wybałuszył oczu, nie wyśmiał go na starcie ani nie wyglądał nawet na zaskoczonego, jak to sobie wyobrażał wcześniej Malfoy. Szczerze nienawidził tego człowieka i nigdy nie okazywał mu szacunku, więc nie był też pewien, jaka będzie jego reakcja na syna śmierciożerców. Staruszek, bo tak właśnie postrzegał go blondyn, zawsze powtarzał, że może służyć wszystkim pomocą i radą, ale on szczerze mówiąc nie wierzył w jego dobre intencje. Nie miał pojęcia, czemu Gryfoni tak bardzo go uwielbiali i mówili wkoło o jego potędze. Ojciec zawsze powtarzał mu, że… Zaraz, to nie było teraz ważne. Przecież ostatecznie stał teraz przed Dumbledore’em, szukając w jego osobie pomocy. Jego ojciec już dawno go zawiódł.
        — Zatem proszę za mną.
        Dyrektor przerwał jego ponure rozmyślania, wyminął go i szepnął jakieś słowo w nieznanym języku do gargulca, który momentalnie odskoczył ukazując wejście do środka. Wspięli się po kręconych schodkach, po czym mężczyzna otworzył mu drzwi, wpuszczając go pierwszego do niewielkiego, okrągłego gabinetu.
        Ślizgon prychnął pod nosem, nie bardzo wiedząc jak ma to zinterpretować. Ostatni raz był tutaj, gdy oznajmiono mu, że razem z Hermioną uda się do Falconu. Miał wrażenie jakby ta rozmowa i w ogóle cały wyjazd wydarzyły się parę lat temu lub zupełnie w innym życiu, a nie zaledwie rok temu.
        Draco udał, że nie zauważył zdumionych spojrzeń postaci z obrazów. Najwyraźniej nawet dla poprzednich dyrektorów Hogwartu widok Ślizgona w towarzystwie Dumbledore’a, jeszcze o tej porze, był nie lada zaskoczeniem.
        Chłopak bez pytania usiadł na miękkim, czerwonym krześle i ze znudzeniem obserwował, jak Albus zajmuje swoje miejsce po drugiej stronie biurka. Machnięciem ręki uporządkował wszystkie porozrzucane na wierzchu papiery i uciszył magiczne, srebrne przedmioty, które zaczęły drgać na stoliku obok.
        — Napijesz się czegoś? A może masz ochotę na pierniki? — zapytał z przyjemną nutą w głosie, wskazując na leżący przed nimi talerz pełen smakołyków.
        — E… Nie, dziękuję — odpowiedział grzecznie, nieco zaskoczony tą śmieszną propozycją. Wprawdzie nie jadł kolacji i czuł niewyobrażalny głód, ale nie miał zamiaru nabrać się na dumbi - sztuczki. Nie wiadomo, co ten staruszek mógł wsypać do tych smakowicie wyglądających wypieków.
        — Twoja strata, kolego — odparł dyrektor i sam sięgnął po ciastko. Może na jego ustach błąkał się uśmiech, ale błękitne oczy pozostawały poważne i czujne — Tak więc, co chciałeś mi powiedzieć?
        Chłopak otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Wiele razy zastanawiał się, jak powinien zacząć, układał w głowie przeróżne scenariusze, ale ostatecznie wszystko zapomniał. Może to widok wżerającego pierniki Dumbledore’a tak go rozproszył… W każdym razie czas mijał, a oni wciąż milczeli. ,, Dostałem misję. Między innymi kazano mi ciebie zabić, ale no, jak smakują te ciasteczka?’’, to chyba nie było zbytnio na miejscu.
        — Jak się ostatnio czujesz w szkole, Draco? — zapytał niespodziewanie mężczyzna. Jego ton był lekki, nieponaglający.
        — Dobrze, dlaczego pan pyta? — odpowiedział od razu.
        — Ostatnio zauważyłem, że dzieje się z tobą coś niedobrego. Nie zrozum mnie źle, ale opuściłeś się w nauce, zrezygnowałeś z odznaki prefekta i miejsca w drużynie, nie widzę cię także na wspólnych posiłkach…
        — Tak, byłem ostatnio zajęty. Ale czy coś mi pan sugeruje? —  spytał, patrząc mu prosto w oczy. Wytarł spocone ręce o materiał spodni i zacisnął je w pięści.
        — Ty mi powiedz, Draco. — uśmiechnął się lekko —  Słyszałem, że zacząłeś spędzać więcej czasu z panną Granger, bardzo mnie to cieszy…
        Malfoy zmarszczył czoło i obrzucił go niepewnym spojrzeniem. Przecież w ciągu ostatnich miesięcy widział się z Hermioną raptem parę razy i zawsze się ukrywali, więc na jakiej podstawie mógł mówić coś takiego? Odniósł wrażenie, że dyrektor wiedział o tym co się działo w szkole i o swoich uczniach o wiele więcej niż przypuszczał. Może już nawet wiedział, co Ślizgon robił tak często na siódmym piętrze, w Pokoju Życzeń…
        — Nie chcę cię do niczego zmuszać, chłopcze. Doceniam to, że do mnie przyszedłeś. W tych ciężkich czasach, gdy niebezpieczeństwo czai się na nas za każdym zakrętem. To zupełnie normalne, że czujesz się niepewnie czy samotnie. Nawet gdy zły mąci nam w głowie, należy posłuchać głosu rozsądku i wybrać odpowiednią stronę. A wiesz jaka jest odpowiednia strona?
        Odpowiedziało mu milczenie i krzywy uśmiech blondyna.
        — To taka, która pozwala chronić ci tych, których kochasz, walczyć o sprawę bez krzywdzenia przy tym niewinnych, dobrych ludzi. Pomyśl czasem, dzięki jakim działaniom świat stanie się lepszy. Kto jest tym, który zakłóca równowagę, niszczy w nas to, co cenne i ludzkie…
        On już wiedział, pomyślał Malfoy. Być może to nawet Dumbledore obserwował go z daleka i tylko czekał… Chłopak spojrzał w te błękitne, zmęczone oczy i przełknął ślinę. Gdzie podziała się jego odwaga? Czemu nie mógł się przełamać i powiedzieć tego na głos? To tylko jedno słowo... Przyzna się i zburzy swój idealny, fałszywy obraz i kto wie, co wydarzy się potem? Co jeżeli oddadzą go w ręce Ministra Magii lub co gorsza wydalą z Hogwartu? Chociaż, szczerze mówiąc, wątpił w taki przebieg wydarzeń. Może właśnie zwariował, ale poczuł, że powinien zaufać siedzącemu naprzeciwko człowiekowi. Dla Hermiony, dla ich wspólnej przyszłości i siebie samego.
        — Jestem śmierciożercą.
        I już. Dwa proste słowa, które kosztowały go tak wiele. Od tej pory stał się zdrajcą, ale jakoś wcale go to nie obchodziło.
        — Uwierz mi, nie jesteś śmierciożercą, Draco.
        — Słucham?— zapytał, nie rozumiejąc jego słów. Czyżby mu nie uwierzył?
Czy wątpił w to, że Czarny Pan pozwolił wstąpić niespełna siedemnastolatkowi do swych szeregów?
        — To, że masz wytatuowany Mroczny Znak na ramieniu, nie czyni cię śmierciożercą. Liczy się co masz w sercu i w głowie, to co robisz, to że w tym momencie jesteś tutaj. Czy zachowujesz się jak śmierciożerca? Czy do tej pory zrobiłeś coś niewybaczlnie złego? Czy ktoś chociaż pytał cię o zgodę?
        — Mam większe ambicje w życiu niż bycie śmierciożercą. Oczywiście, że nikt mnie nie pytał o to, czy chcę nim być — jego głos był kpiący i gorzki — I może w tym momencie jeszcze nie postępuję źle, ale On tego ode mnie wymaga… Zmusza mnie do zrobienia czegoś… A ja wiem, że nie potrafię…
        — Co to jest, Draco? To co masz zrobić? — Dumbledore nie spuszczał z niego wzroku, a Malfoy czuł jak jego spojrzenie świdruje go całego na wylot.
        Otworzył usta, ale ponownie, głos ugrzązł mu w gardle. Spuścił głowę na dół. Nie wytrzymałby patrzenia mu w tej chwili w oczy.
        — Zabić — wyszeptał martwym głosem, a wszystkie duszone od początku roku emocje, zawładnęły nim. W oczach zabłysły słone łzy, a ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze —  Zabić pana — dokończył cicho.
        Podniósł głowę i widok, jaki ujrzał całkowicie go zaskoczył. Dyrektor uśmiechał się dobrodusznie, a w jego oczach malowało się coś, co jeszcze bardziej dobiło Ślizgona; współczucie. W tym momencie był pewien, że Albus Dumbledore jest szaleńcem. Jak mógł się szczerzyć w takim momencie? Czy nie rozumiał, że to sytuacja bez wyjścia? Albo może rozśmieszyła go perspektywa, że jakiś gówniarz mógłby pozbawić życia tak potężnego czarodzieja, za jakiego się uważał? Ta myśl odrobinę uraziła jego ego, co było totalnie nienormalne, ale najwyraźniej już sam Draco zaczynał wariować w towarzystwie tego staruszka.
        — Czy jest coś jeszcze, co kazał ci zrobić Lord Voldemort?
        Chłopak nie odpowiedział, nie mogąc odnaleźć się w swoim położeniu.
        — Zapewniam cię, że nic się nie stanie, jeśli nie wypełnisz jego poleceń, Draco. Nic nie rób, niczego nie próbuj, siedź na miejscu i skup się na swoim życiu. To znaczy na nauce, przyszłości i dziewczynie…
        — Powiedział, że mnie ukarze, skrzywdzi moich bliskich, jeśli…
        — O to się nie martw. Nie wiesz, co się wydarzy, kto wie ile jeszcze pożyję? A może akurat ktoś inny wyświadczy ci przysługę?
        — Czy pan teraz żartuje, próbując mi powiedzieć, że planuje bliską śmierć? —  warknął, nie mogąc już w znieść widoku niczym niewzruszonego mężczyzny.
        Z twarzy Dumbledore’a zniknęły wszelkie oznaki wesołości, a z ust wydobyło się ciężkie westchnienie.
        — Próbuję ci powiedzieć, że to co ma się stać i tak się stanie.
        Blondyn zacisnął zęby nadal niczego nie rozumiejąc.
        — Zaufaj mi, Draco i przestań zaprzątać sobie głowę poleceniami Lorda Voldemorta. Wyobraź sobie, że uwalniam cię od jego rozkazów. Jesteś teraz wolny. I wcale nie myśl, że musisz coś robić, by dowiedział się, że nie siedzisz bezczynnie. Lepiej, gdy nie dojdą go żadne słuchy o twoich działaniach, a kiedy dostaniesz od niego upomnienie, powiadomisz mnie o tym i udzielę ci dalszych instrukcji, zrozumiano?
        — Tak… To znaczy nie… Jak niby brak jakichkolwiek działań ma mi pomóc? Za niedługo święta, wrócę do domu i zostanie wymierzona mi kara za to, że do niczego jeszcze tutaj nie doszło...
        — Obdarz mnie zaufaniem, a obiecuję ci, że nie stanie ci się krzywda, tak samo, jak twoim przyjaciołom. A teraz zmykaj do łóżka i porządnie się wyśpij. Moim zdaniem brakuje ci snu.
        Och, czyżby teraz mu sugerował, że wyglądał na zaniedbanego i zmęczonego? Dziwne, ale nie miał okazji porządnie się wyspać przez bezustanne myślenie o tym, co czeka go jutrzejszego dnia. Przecież miał tylko pozbawić życia dyrektora placówki i naprawić jakąś przeklętą szafkę zniknięć, o której notabene nie wspomniał ani słowem… Wątpił jednak, żeby ta informacja mu się przydała lub była ważna. Sam do końca jeszcze nie wpadł na pomysł o co może w tym chodzić. W sprawie zabójstwa, zawsze mógł powiedzieć, że planuje, że czeka na odpowiedni moment, ale jeśli przestałby zajmować się szafką, od razu zauważyliby, że nie skupia się na swoim zadaniu, że nie ma żadnych efektów, że coś jest nie tak… Dlatego na tę chwilę musiał kontynuować swoją pracę w Pokoju Życzeń, a ewentualnie później zdecydować, co zrobić dalej.
        — I nie zapominaj, że nie jesteś w tym sam, chłopcze — powiedział pokrzepiająco dyrektor, gdy chłopak był już niemal za drzwiami — Elizabeth Dashwood zwróciła się do mnie tak samo, jak ty teraz wiele lat temu. Pamiętaj, że możesz jej zaufać.
        W taki właśnie sposób Draco Malfoy przeszedł na stronę Dumbledore’a, stając się zdrajcą. Być może w tym momencie pogrążył całą swoją rodzinę, ród Malfoyów i wydał na siebie wyrok śmierci. Choć nadal nie ufał dyrektorowi, był gotów stanąć po jego stronie, razem z Granger. Nie żałował swojej decyzji. Pierwszy raz odkąd pamiętał poczuł niewysłowioną wdzięczność i nadzieję. Nadzieję na to, że może on też ma szansę na lepsze, normalne życie, bez ingerencji zła.
        Przechodząc obok portretu Grubej Damy, strzegącej wejścia do Wieży Gryffindoru, przystanął w miejscu i uśmiechnął się lekko. Gdzieś tam smacznie spała jego  Hermiona, nieświadoma tego, co się stało i tego, co miało się jeszcze wydarzyć…


        ***

W drugim tygodniu grudnia, cała okolica pokryła się grubą warstwą śniegu. Hogwarckie błonia, całe przykryte miękkim puchem, niczym białą  pościelą, błyszczały  w bladym świetle, tak samo jak srebrzysta tafla jeziora. Drobinki śniegu wirowały bez końca w powietrzu, zupełnie jak tancerki unoszone niewidzialną siłą i zdawać się mogło, że w ogóle nie opadną na ziemię, niesione tylko dalej i dalej przez silne podmuchy wiatru.
Draco przechadzał się pustymi korytarzami bez celu i wsłuchiwał się w ciszę. Mimo, że nie spotkał nikogo na swojej drodze, echo przynosiło do niego wszelkie możliwe odgłosy: słyszał urywane skrawki rozmów, pełne entuzjazmu i radości głosy, głośne wybuchy śmiechów oraz szybki tupot stóp, gdy uczniowie zbiegali po schodach, by zdążyć na tegoroczny mecz qudditcha. Konfrontacja Puchonów i Krukonów, już ostatnia w tym roku.
Przez chwilę cofnął się pamięcią do tych czasów, kiedy on także czuł podekscytowanie i dreszczyk emocji przed każdym zbliżającym się meczem. Uwielbiał kiedyś trenować godzinami, czuć to uczucie zmęczenia, które zawsze dawało mu satysfakcję, że starał się ze wszystkich sił. Z całej tej gry najbardziej uwielbiał moment, gdy udawało mu się zdobyć punkty, a tłum wówczas wiwatował, jak szalony, dostarczając mu nowej dawki energii. Pamiętał pełne spojrzenia respektu, jakim obdarzali go Ślizgoni, szerokie uśmiechy Zabiniego i Parkinson oraz wściekłe miny Gryfonów. Przez pewien moment zaczął żałować, że jego życie tak bardzo się zmieniło, że zgubił swoją pasję i zrezygnował z tego, co tak bardzo kochał. Może qudditch nie był dla niego największym wyrzeczeniem, ale z tym sportem wiązały się jego najlepsze wspomnienia, z dzieciństwa, jak i z poprzednich lat szkolnych.
Jeszcze rok temu reputacja i dobre imię były dla niego wszystkim, a teraz marzył jedynie o tym, żeby ludzie dali mu święty spokój. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że nie czuł się dobrze, gdy rówieśnicy patrzyli na niego z mieszaniną strachu i uznania...
— Nad czym tak rozmyślasz? — usłyszał nagle za sobą rozbawiony, kobiecy głos.
Momentalnie się odwrócił i zobaczył Hermionę, która patrzyła na niego, lekko się przy tym uśmiechając. Skrzyżowała ręce na piersi, a w jej orzechowych oczach pojawiła się ciekawość.
— Przyznaj, że nie wyczułeś mojej obecności, Malfoy — zaśmiała się — Chyba ostatnio stałeś się mniej czujny.
— Chyba masz rację — odpowiedział tylko, nie mogąc oderwać od niej wzroku.
Wyglądała naprawdę pięknie. Kręcone włosy wystawały jej spod śmiesznej, czerwonej czapki z nausznikami, jej oczy delikatnie błyszczały, a policzki płonęły czerwienią. Rozciągnęła różowe usta w szerszym uśmiechu, ukazując rząd prostych, białych zębów. Szalik z Gryffindoru zwisał luźno na jej brązowy płaszcz, tak samo jak jednopalczaste, wzorzyste rękawiczki, przerzucone sznurkiem przez jej szyję.
Chłonął jej obraz wzrokiem i miał nadzieję, że na zawsze zapamięta ten moment: jego Hermionę, z tym oszałamiającym, beztroskim uśmiechem. Nie mógł zrozumieć, jak kiedyś mógł uważać ją za zupełnie przeciętną, a nawet nijaką dziewczynę, bez żadnego wyczucia stylu. Teraz kochał jej sposób ubierania się, może nie był modny, ale za to oryginalny. Wyróżniała się z tłumu przez te wszystkie stare, kolorowe swetry i znoszone pary jeansów. Kochał wszystko, co pochodziło od niej.
Granger zmarszczyła lekko czoło, zauważając jego uważne spojrzenie i zapytała:
— Nie idziesz na mecz? W każdym razie nie wyglądasz, jakbyś wybierał się poza teren zamku — zlustrowała wzrokiem jego, jak zawsze, ciemną marynarkę — Czemu nie chcesz oglądnąć ostatniego starcia Ravenclawu i Hufflepuffu? Powinieneś jakoś wziąć udział w życiu szkoły. Zaangażować się choćby przez samą obecność na takim meczu… Zresztą takie coś dobrze by ci zrobiło. Nie możesz snuć się samotnie po korytarzach, do tego z taką nostalgią i…
— Nie mam ochoty nigdzie iść — uciął szybko — Za dużo ludzi. Chcę od nich odpocząć, a poza tym qudditch przestał mnie już tak interesować.
Przez chwilę wyobraził sobie, jak cudownie byłoby udać się na stadion razem z nią. Móc trzymać ją za rękę, podczas trwania gry i przeżywać razem wszystkie emocje. Niestety było to niemożliwe. Ich związek mimo tego, że trochę już trwał, nadal był tajemnicą. Choć Draco był pewien, że już niejedna osoba zauważyła ich bliską relację…
— W takim razie zostanę z tobą — zdecydowała i zaczęła rozpinać guziki swojego płaszcza.
Malfoy poczuł jak przyjemne ciepło rozlewa się po jego ciele. Rzucił od niechcenia okiem na korytarz, ale wyglądało na to, że na horyzoncie nie było żywej duszy. Mecz musiał się już zacząć. Chłopakowi bardzo spodobała się perspektywa, że mogli spędzić ten czas razem w niemal opustoszałym zamku.
Po chwili wahania wyciągnął do niej rękę, a Hermiona przybliżyła się do niego i nieśmiało ją ujęła. Po tym jak dowiedziała się, że jest śmierciożercą, w ich gestach zaczęło brakować pewności. Na szczęście uczucie miłości nadal ich wypełniało i pobudzało ich zmysły.
Uścisnął mocniej jej małą dłoń i zaczął się zastanawiać, jak dużo czasu musi minąć, żeby Gryfonka wybaczyła mu jego kłamstwo. Niby wszystkie sprawy się już rozwiązały i zapewnił ją o tym, że przejdzie na jej stronę, ale nie zmieniało to faktu, że w tej historii był tym złym, który zburzył jej zaufanie.
Przez pewien czas szli wolnym krokiem przed siebie, wsłuchując się w otaczającą ich ciszę. Ślizgon miał wrażenie, że nie potrzebują żadnych słów, mogli się rozumieć i porozumiewać bez nich. Czuł ciepło promieniujące z ciała Hermiony i był pewien, że ona też łaknęła jego obecności i cieszyła się, że mogą być w tej chwili blisko siebie. Atmosfera między nimi zaczynała powoli wracać do normy, po tym jak tydzień temu runęły wszelkie fasady i budowane między nimi mury. Zostawała jednak jeszcze jedna kwestia, o której musiał z nią porozmawiać.
— Byłem przedwczoraj u Dumbledore’a — wyznał, gdy zbliżyli się do bocznych schodów, prowadzących do tajemnego przejścia między korytarzami.
— I jak było? — zapytała w napięciem w głosie, zwracając swój wzrok na jego twarz.
— Cóż… — zaczął, próbując dobrać odpowiednio słowa — Powiedziałem mu o tym kim jestem, co kazano mi zrobić i dyrektor udzielił mi niezwykle cennej rady — dodał z sarkazmem.
— To znaczy?
— No wiesz, kazał mi niczego nie robić. Żadnych działań, nic. Jak dostanę od kogokolwiek upomnienie, mam go o tym powiadomić i później zobaczymy, co dalej.
Hermiona westchnęła i wiedział, że poczuła w tej chwili niewysłowioną ulgę. Ufała Dumbledore’owi bezgranicznie, więc teraz w jej przekonaniu nie mogło wydarzyć się już nic złego. Może nawet pomyślała, że to koniec wszystkich zmartwień, ale tak naprawdę to był dopiero początek.
— Jeżeli on tak mówi, to na pewno wie, co robi. Wiem, że jego instrukcje mogą wydawać się czasem zupełnie pozbawione sensu, ale to bardzo mądry człowiek, Draco. Nie musisz się bać, a jeśli nadal cię coś dręczy, możesz porozmawiać ze mną. Postaram się ci pomóc, chociaż wiem, że nie mogę wiele zrobić.
— Granger, czasem mam wrażenie, że tylko dzięki tobie wstaję jeszcze z łóżka. Życie posiada jeszcze sens, bo ty tu jesteś — powiedział, unikając patrzenia jej w oczy.
Przez chwilę nie otrzymał żadnej odpowiedzi i zaczął powoli żałować, że może zbyt bardzo naciska i wygaduje jakieś czułe słówka, co w ogóle nie było w jego stylu. Jednak po nieco dłuższym czasie Gryfonka niespodziewanie się zatrzymała, stanęła na palcach i pocałowała go w policzek.
— Dziękuję — szepnęła.
Jego ciało przeszedł dreszcz przez ten nagły gest i cały czas czuł przyjemne mrowieniu w miejscu, w którym dotknęły go jej usta.
Popatrzył w jej błyszczące oczy, później spuścił wzrok na jej wargi i już na nic nie czekając, nachylił się i ją pocałował. W momencie gdy ich usta wreszcie się złączyły, zdał sobie sprawę, jak bardzo tego potrzebował. Pragnął poczuć jej bliskość i móc zatracić się w jej cieple i wrażeniu nieskończoności; bo świat stawał w miejscu, gdy on mógł być blisko niej.
Całowali się namiętnie, przekazując sobie pozytywne i negatywne emocje, które gromadziły się w ich sercach od tak dawna. Ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko działo się tak szybko, ponieważ obawiali się przyłapania na gorącym uczynku. Jednak ani jedno, ani drugie nie myślało w tym momencie o możliwości bycia nakrytym przez kogokolwiek. Ich pocałunek był taki pośpieszny i intensywny, ponieważ pragnęli siebie, tęsknili za swoim dotykiem przez długi czas, a teraz mieli możliwość, żeby poczuć swoje ciała.
Draco przygwoździł ją do ściany, jedną rękę położył na jej talii, a drugą zatopił w jej miękkich włosach, przez co znacznie ją do siebie przybliżył; ich ciała zupełnie do siebie przyległy, tworząc jedną całość, tak samo jak ich galopujące serca. Chłopak teraz mógł poczuć woń jej delikatnych, fiołkowych perfum, którymi miał ochotę napawać się już do końca życia. Ona wspięła się na stopy i objęła go za szyję, zatapiając się jeszcze bardziej w jego mocnym uścisku. Ich usta dotykały się z coraz większą pasją i mocą, do tego stopnia, że po paru minutach zaczęło im kompletnie brakować tchu.
Oderwali się od siebie ciężko dysząc w tym samym momencie, w którym kotka Pani Norris pojawiła się na korytarzu. Parę sekund później usłyszeli zbliżające się kroki woźnego i bez zastanowienia rzucili się na schody, trzymając się za ręce. Wspinali się coraz wyżej i wyżej, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
— Myślę, że tutaj już nas nie znajdzie — wydusiła Hermiona, gdy zatrzymali się na siódmym piętrze, zmęczeni tym nagłym sprintem. — Praktycznie rzec biorąc powinniśmy być w tym momencie na meczu…
— Może wybaczą pani nieobecność, pani prefekt —  prychnął Draco, rozglądając się na boki.
— Dobrze, że nadal pamiętasz z kim masz do czynienia, Malfoy — odparła, dumnie unosząc swoją głowę. — A tak poza tym… Właśnie sobie przypomniałam. Słyszałeś o świątecznym przyjęciu organizowanym przez Slughorna?
— Nie. Szczerze mówiąc nie obchodzą mnie jakieś głupie imprezy wyprawiane przez jeszcze głupszy Klub Ślimaka.
— Wcale nie jest taki głupi. Czasem poruszamy tam bardzo istotne kwestie dotyczące świata magii i nauki. Wiem, że jesteś zły, że cię tam nie ma… — wytknęła mu z niewyraźnym uśmiechem.
— Och, chyba nie myślisz, że jestem z tego powodu smutny…
— Nie, ale ja jestem. Chciałabym, żebyś mógł być tam ze mną. Moglibyśmy się częściej widywać — wyznała nieśmiało.
— Uwierz mi, też bym chciał móc widywać cię częściej, Hermiono… Parę razy dziennie to dla mnie stanowczo za mało — wyszeptał, ponownie się do niej zbliżając.
Położył dłoń na jej głowie i zaczął bawić się jej włosami, podczas gdy ona przymknęła oczy i zarumieniła się nieznacznie. Chciał jeszcze coś powiedzieć, kiedy nagle za jego plecami, rozległ się dobrze znany im głos:
— Hermiono…
Obserwował jak dziewczyna w jednej sekundzie znieruchomiała i otworzyła raptownie oczy, po czym odrzuciła jego rękę. Nie chciał przed sobą przyznać, że go to zabolało.
— Harry… — wypowiedziała jego imię, gwałtownie blednąc.
Draco odwrócił się powoli i zobaczył Pottera, który stał parę kroków dalej i wpatrywał się w nich z mieszaniną bólu i obrzydzenia.
— Och, nie przeszkadzajcie sobie — wydusił wreszcie, gdy niezręczna cisza zaczynała się przedłużać.
Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Gryfonka posłała blondynowi przepraszające spojrzenie i pobiegła za ciemnowłosym.
Ślizgon patrzył się w miejsce, w którym zniknęła jej sylwetka i momentalnie poczuł ciężar na sercu. Nie chodziło już nawet o to, że poczuł się zazdrosny; tę dwójkę łączyła silna relacja i zdawał sobie sprawę, że Potter być może był dla niej najważniejszą osobą w życiu; zaczął się nagle bać, że został zupełnie sam. Co jeżeli Bliznowaty nigdy nie zaakceptuje ich związku, przez co Hermiona w pewnym momencie z niego zrezygnuje? Był świadom, że ich uczucie było silne i prawdziwe, ale jeżeli w grę wchodziła przyjaźń, przestawał być już taki pewien...        


Hermiona wbiegła do Pokoju Wspólnego Gryffindoru z mocno bijącym sercem. Była tak zdenerwowana, że nie zauważyła w pierwszej chwili Harry'ego, który stał oparty niedaleko ich ulubionego kamiennego kominka.
 Zatrzymała się obok niego, po czym otworzyła usta, po to, żeby po paru sekundach je zamknąć. Nie mogła znaleźć odpowiednich słów na swoje usprawiedliwienie. Była świadoma tego, jak bardzo go zraniła, zatajając przed nim całą prawdę.Wprawdzie to, co robiła było jej prywatną sprawą, ale Harry i Ron zawsze ze wszystkiego się jej zwierzali i na pewno czułaby się okropnie, gdyby została przez nich pominięta. Do tego udawała, że nie miała pojęcia, jaki sekret Malfoy ukrywał przed światem, podczas gdy Potter nie przestawał rozprawiać o jego tajnej działalności śmierciożercy.  Ta cała sytuacja wyglądała tak, jak gdyby zdradziła swoich najlepszych przyjaciół, zakochując się w Ślizgonie, którego nienawidzili z jasnych powodów. Może nawet ten jasnowłosy, niebezpieczny chłopak stał się dla niej bliższy niż ci dwaj Gryfoni, z którymi spędziła najlepsze lata swojego życia. Różnica jednak była znacząca; kochała całą trójkę, ale to z Draconem widziała swoją przyszłość. Prawdopodobnie zachowywała się dziecinnie i nierozważnie, myśląc, że jej młodzieńczy związek przerodzi się w relację na resztę życia, ale właśnie tak: czuła, że Malfoy jest tym jedynym i nie potrafiłaby nigdy z niego zrezygnować. Była w nim szaleńczo i nieodwołalnie zakochana.
Przez parę minut w pomieszczeniu dało się słyszeć wyłączanie trzaskanie palącego się drewna; odgłos, który zawsze kojarzył się jej z ciepłem i domem, teraz wywoływał dreszcze na jej plecach. Drżącymi dłońmi zdjęła ze siebie płaszcz i położyła go na oparciu czerwonego fotela.
— Harry — zaczęła szeptem i niemal nie rozpoznała swojego głosu, był głuchy i cienki, zupełnie jakby nie należał do niej.
Czy nie powinna mieć teraz wystarczająco odwagi, aby zmierzyć się z tym problemem twarzą w twarz i głośno przyznać, że naprawdę pokochała ich odwiecznego nieprzyjaciela?
— Harry, porozmawiaj ze mną — powtórzyła tym razem pewniej.
Chłopak westchnął i odwrócił się do niej powoli. W jego oczach płonął prawdziwy ogień, a zaciśnięte zęby jasno mówiły, że był wściekły. Zawsze się tego obawiała, ale teraz w jego zielonych oczach widziała głęboką urazę. Zaczęła nagle żałować, że nie przeprowadziła z nim tej rozmowy dużo wcześniej.
— Ja spotykam się z Malfoyem od pewnego czasu — wyznała. — Wiem, że to dla ciebie wielki szok, ale… Ty go tak naprawdę nie znasz, a ja…
— Szok? — zapytał podniesionym głosem, a ona miała ochotę skulić się w kłębek — Hermiono, czy ty uważasz mnie i Rona za kompletnych idiotów? Już dawno zauważyliśmy, że coś was łączy. Rok temu podczas naszego meczu Malfoy posłuchał tylko ciebie, gdy próbowałaś przerwać bójkę, później te wszystkie dziwne sytuacje, ukradkowe spojrzenia, nieprzyjazne wymiany zdań, które jednak zawsze kończyły się wesołym uśmiechem. Myślisz, że nie widziałem, jak się na ciebie gapił, nawet kiedy ty byłaś tego zupełnie nieświadoma? To jeszcze byłem w stanie zrozumieć, po prostu czasem ze sobą rozmawialiście, jak dwójka nielubiących się osób, ale nie było to takie intensywne, jak w przypadku moim czy Rona, bo jesteś dziewczyną. Tak myślałem, ale potem zaczęło robić się jeszcze dziwniej. Falcon — Gryfon do tej pory mówił bardzo szybko i chaotycznie, jak gdyby ktoś go pośpieszał, ale na wzmiankę o tajemniczej szkole na Alasce, nieco zwolnił i obniżył swój ton — Wiem, że przydarzyło się wam coś złego i szanuję to, że nie chcesz powiedzieć nam prawdy. Możesz uważać, że ja też mam swoje sekrety i to w pewnym sensie prawda, ale zawsze staram się mówić tobie i Ronowi, jak najwięcej. Jesteście moją jedyną rodziną…
W jego oczach zabłyszczały łzy, a Hermiona poczuła jak w jej gardle tworzy się dusząca gula, która uniemożliwia jej oddychanie.
— Przez wasz wspólny wyjazd do Falconu zaczęliście mieć własne tajemnice i wydawało mi się, że wasza relacja stała się bardziej poważna. To tylko moje odczucie, ty sama wszystko dobrze wiesz — kontynuował już spokojniej — I później Malfoy ci pomógł, gdy Ślizgoni ci dokuczali, co było czymś niesłychanym dla całej szkoły… Do tego sposób, w jaki zaczęłaś o nim mówić, tak ostrożnie i delikatnie, to dało mi do myślenia. W dodatku widziałem jeszcze parę razy, dzięki mapie Huncwotów, jak się spotkaliście i naprawdę zżerała mnie ciekawość, ale nigdy nie odważyłem się zapytać, czemu w ogóle masz z nim do czynienia. Ja wiem, Hermiono, że to twoje życie, ale jeśli on jest dla ciebie ważny… I nie powiedziałaś nam nawet ani słowa o waszym związku, to wygląda jakbyśmy cię do końca nie znali,a tak chyba nie wygląda przyjaźń...— skończył z bólem.
Kasztanowłosa przetarła oczy, by pozbyć się śladu łez, a Harry głośno odchrząknął  i pociągnął nosem.
— Tak bardzo cię przepraszam… Ja po prostu byłam taka przestraszona i w dodatku sama nie zauważyłam, kiedy to wszystko się zaczęło. Byłam bezbronna wobec tego, to uczucie samo mną zawładnęło… I zdaję sobie sprawę, że to może brzmieć dla ciebie strasznie śmiesznie i niepoważnie, ale ja szczerze go kocham, Harry…
Chłopak gapił się na nią bez słowa, a na ona widziała jak niedowierzanie wymalowane na jego twarzy, przechodzi powoli w obrzydzenie.
— Nie mogę sobie was razem wyobrazić… Nie mów mi tylko, że ludzie się zmieniają. Malfoy może ci pomógł, ale nie wierzę, że ma dobre zamiary wobec ciebie. To nadal ten niedojrzały dzieciak, który wyzywał cię od szlam, przez którego płakałaś po nocach i bałaś się wyjść z wieży Gryffindoru.  Nie dość tego, ten człowiek para się czarną magią…
— Ty go w ogóle nie znasz — zdenerwowała się Hermiona — robił głupie rzeczy i poniżał innych, bo był jeszcze dzieckiem, a poza tym nie zaznał w życiu żadnej miłości i miał zły przykład w domu. Harry, jego ojciec wpajał mu te wszystkie okrucieństwa o czystości krwi i mugolach. Był zbyt wpatrzony w niego, żeby przejrzeć na oczy. Teraz, gdy dorósł wszystko zrozumiał. Nawet nie wiesz, jak wiele razy naraził swoje życie, żeby mi pomóc. Mi, zwykłej szlamie…
— Może i masz po części rację. Ale to, że dorastał w takim środowisku, nie znaczy, że w jednej chwili zmieni całkowicie swój sposób życia i charakter. Na twoim miejscu byłbym ostrożny, nigdy nie wiesz, jaki będzie jego następny krok. Może teraz jest łagodny i przyjazny, ale co będzie, kiedy na scenę wkroczy jego ojciec lub Voldemort. Myślisz, że nie zabiłby ciebie bez wahania, gdyby mu kazano?
— Nie zabiłby mnie — wykrztusiła dziewczyna, nie mogąc nawet uwierzyć w absurdalność jego słów. — Nie rób z niego takiego człowieka.
Draco był śmierciożercą, ale teraz przeszedł na stronę Dumbledore’a, ale tego Potter oczywiście nie mógł wiedzieć, a ona chociaż bardzo pragnęła mu to powiedzieć, nie miała takiego prawa. Nie chciała też wyobrażać sobie nierealnych sytuacji i rozważać, tego co by było ‘gdyby’.
Czy Gryfon nie mógł pojąć, że jej też wcale nie było łatwo, zamknąć się w sobie, nie móc nikomu zwierzyć się ze swoich problemów i powiedzieć głośno tego, co czułą, bo inaczej zostałaby skrytykowana? Czemu każdy osądzał Malfoya, nie starając się nawet zrozumieć powodów, przez które jego zachowanie było takie naganne? Dlaczego nikogo nie obchodziło jego ciężkie życie pod dyktandem ojca, który przez całe życie parał się czarną magią i próbował zrobić ze swojego syna maszynę do zabijania?
Rozczarowane spojrzenie Harry'ego było dla niej gorsze niż milion słów, których chłopak nie wypowiedział, a które powinny zostać nawet wykrzyczane, żeby dać upust jego skrajnym emocjom.
Potter przeczesał ręką ciemne włosy i westchnął. Napięcie w powietrzu było wręcz namacalne. Cisza chyba jeszcze nigdy aż tak bardzo nie ciążyła tej dwójce.
— Wiesz, chyba pójdę do Rona. Jest sam na trybunach i pewnie zastanawia się, gdzie się podzialiśmy.
Wyminął ją, unikając przy tym jej spojrzenia i dodał jeszcze na odchodne:
— Nie martw się, nie powtórzę mu tego, co widziałem, ani naszej rozmowy. Sama mu to powiesz, kiedy będziesz gotowa.
I zostawił ją samą z palącymi wyrzutami sumienia.

***

— Co tak właściwie wydarzyło się między tobą a Harrym? — zapytała Ginny, poprawiając złoty pasek sukienki, korzystnie podkreślający jej wąską talię.
Hermiona rozejrzała się na boki, lustrując wzorkiem tańczący tłum, ale po Gryfonie nie było ani śladu. Obok nich stali jedynie starzy czarodzieje, pogrążeni w rozmowie, palący przy tym jakieś zaczarowane fajki.
Przyjęcie Slughorna zostało zorganizowane w jego gabinecie, który zapewne został powiększy za pomocą magicznych sztuczek. Sufit i ściany pokryto szmaragdowymi i złotymi draperiami. Pokój był zatłoczony i duszny, skąpany w czerwonym świetle rzucanym przez ornamentową lampę. Głośny śpiew kapeli dobiegał z dalekiego kąta, ale Granger nie mogła ich zobaczyć, ponieważ widok zasłaniali jej bawiący się uczniowie, którzy beztrosko gawędzili przy stole z przekąskami lub po prostu tańczyli na parkiecie.
— Stoczyłam z Harrym nieprzyjemną konwersację, dotyczącą naszych różnych zdań na czyjś temat i wygląda na to, że właśnie przeżywamy nasze ciche dni — odpowiedziała, sącząc swój rubinowy napój przez słomkę.
— Rozumiem — powiedziała Ginny, choć jej mina sugerowała Hermionie, że wcale tak nie jest, ale najwyraźniej nie chciała teraz drążyć tego tematu.
Wprawdzie po ich kłótni w Pokoju Wspólnym, Gryfonka normalnie rozmawiała z Potterem, ale najczęściej były to krótkie wymiany zdań na mało istotne tematy. Napięcie między nimi wciąż było namacalne, ale dziewczyna rozumiała, że jej przyjaciel potrzebuje chwilę czasu, żeby zaakceptować prawdę. Miała jednak nadzieję, że ostatecznie po świętach wszystko wróci do normy.
Nie mogła jednak znieść jego wkurzonego spojrzenia, jakim czasem ją obdarzał, gdy była blisko Rona lub Ginny. Wyglądało to tak, jakby obwiniał ją za to, że nie wyznała prawdy także tej dwójce, przez co każde jej wypowiedziane słowo traciło na wartości i było fałszywe. Może był to tylko jej chory wymysł, ale w jego zielonych oczach cały czas widziała żal i urazę.
— A co tam z Ronem? — zagadnęła ją rudowłosa z nieco kpiącym uśmiechem, na co Granger odpowiedziała jej tym samym.
— Chyba sama widzisz, jak sprawy się mają, po tym jak związał się z Lavender. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, ale byłabym wdzięczna, gdyby nie wkładali sobie języków do ust przy każdej nadażąjącej się okazji.
— I do tego w miejscach publicznych — dodała jej rozmówczyni — Nigdy bym nie sądziła, że mój brat jest taki głupi, żeby zacząć się z nią umawiać. Całkiem mu odbiło, za każdym razem, gdy go widzę, towarzyszy mu ta zołza i do tego obydwoje chichoczą, jak dwie niedorozwinięte nastolatki. Może spróbowałabyś przemówić mu do rozumu?
— Och, proszę cię… Mam mu powiedzieć, żeby przestał zachowywać się jak małe dziecko i kazać mu z nią zerwać? Myślisz, że mnie posłucha? Nawet nie mamy teraz czasu, by wspólnie pogadać, do tego zawsze, gdy jestem z nimi, Lavender patrzy na mnie z takim wyrazem triumfu na twarzy, jakby zdobyła coś, czego jej zazdroszczę. Naprawdę nie mam ochoty się do nich zbliżać, a zresztą to nie moja sprawa. Ron ma własny rozum.
— O to mogłabym się spierać — westchnęła żałośnie jego siostra.— Hej, spójrz… Czy to nie Harry i Luna tam stoją otoczeni przez samych nauczycieli?
Hermiona powiodła wzrokiem w kierunku, w którym wskazała jej przyjaciółka i faktycznie zobaczyła Pottera, rozmawiającego ze Slughornem, Snape’em i dwoma innymi czarodziejami, których nie znała. Zdziwiła się, że nie zauważyła ich wcześniej, ponieważ złote szaty Luny powodowały większy blask niż wszystkie razem zgromadzone świetliki, latające u sklepienia sufitu.
— Może do nich podejdziemy? Harry nie wygląda na zbytnio zadowolonego ich obecnością — zaproponowała siostra Rona.
Gryfonka zgodziła się, sama będąc bardzo ciekawą o czym takim mogą rozmawiać razem z Opiekunem Slytherinu.
Gdy znalazły się w ich pobliżu, kasztanowłosa zdołała usłyszeć, jak Snape powiedział coś w stylu, że nigdy nie doszukał się u Pottera żadnych specjalnych zdolności w warzeniu eliksirów i było już pewne, że mowa była o jego świetnych stopniach w tym przedmiocie, co zawdzięczał swojej książce Księcia Półkrwi.
We wrześniu chłopak znalazł podręcznik, który w przeszłości był własnością  pewnego,, księcia’’. Nikt nie znał jego tożsamości, lecz jego dopiski i poprawki, pozostawione na marginesach stron, pozwoliły Harry’emu przyrządzać bezbłędnie idealne eliksiry, co zawsze głośno wychwalał sobie Slughorn.
Dziewczyna wiele razy tłumaczyła upartemu przyjacielowi, by pozbył się tej podejrzanej książki, dzięki której w nieuczciwy sposób mógł zdobyć lepsze stopnie, nawet lepsze niż ona sama, ale jej starania zdały się na nic. Gryfon był zafascynowany każdą stroną, twierdząc, że znalazł prawdziwą skarbnicę wiedzy, a najbardziej podobały mu się stare formuły zaklęć zapisane gdzieś po bokach. Jakiś czas temu wspólnie zastanawiali się, czy sam książę zajmował się tworzeniem zaklęć, czy też może po prostu notował usłyszane gdzieś słowa. Postanowili jednak nigdy nie ryzykować i nie próbować ich użyć.
Ginny właśnie miała zamiar wtrącić się do rozmowy, kiedy w pomieszczeniu pojawił się woźny, ciągnąc za ucho nikogo innego niż Dracona Malfoya.
— Profesorze Slughorn — zawołał Filch, z ohydnym uśmiechem i rozbieganymi oczami, w których czaił się szaleńczy błysk — Znalazłem tego chłopca, kręcącego się na korytarzu piętro wyżej. Twierdził, że był zaproszony na twoje przyjęcie, ale się spóźnił.
Malfoy wyrwał się gwałtownie z uścisku mężczyzny, gdy coraz więcej głów zaczęło odwracać się w jego stronę.
— No dobrze, nie byłem zaproszony — powiedział obojętnie, dumnie się przy tym prostując – Chciałem się wkręcić — dodał spokojnie.
Blondyn przejechał wzrokiem po twarzach wszystkich blisko zgromadzonych profesora, zatrzymując się na ułamek sekundy na Granger, której serce momentalnie zaczęło walić jak dzwon.
Była niemal pewna, że Draconowi wcale nie zależało na przyjęciu, co sam jej zresztą powiedział. Nie miała pojęcia, co mógł robić samotnie na siódmym piętrze, na tak zwanym ,, terenie Gryfonów’’, podczas gdy dobrze wiedział, że jej tam nie będzie. Mogła rozważać opcję, że pragnął się z nią spotkać, ale wyraźnie go uprzedziła, że tej nocy udaje się na tę imprezę.
— Jesteś w poważnych kłopotach! — zagrzmiał Filch. — Nie słyszałeś, jak dyrektor mówił, że bez pozwolenia, po ciszy nocnej nie można się szwendać po korytarzach?
— W porządku, Argusie — oznajmił Horacy — Są święta i nie musimy być aż tacy surowi… Tym razem obejdzie się bez kary. Możesz zostać, Draco.
Wyraz zawodu na twarzy woźnego był do przewidzenia, ale Hermiona zastanawiała się, czemu Malfoy wyglądał na równie zawiedzionego. Zmusił się do uprzejmego uśmiechu i z pozornie obojętnym wyrazem twarzy spojrzał na Snape’a, który z kolei wydawał się być nieco zestresowany.
Harry nagle odwrócił głowę i posłał Gryfonce pytajcie spojrzenie, także uważając, że było coś podejrzanego w tej całej sytuacji. Przez parę sekund obydwoje odnieśli wrażenie, jakby blondyn i Severus porozumiewali się bez słów.
— Nie ma sprawy, chłopcze — powtarzał profesor, machając ręką na podziękowania Ślizgona —  W końcu znałem twojego dziadka.
— Draco, pozwól ze mną na chwilę. — rzekł nieoczekiwanie Opiekun Slytherinu.
— Severusie, ależ mamy święta — czknął Slughorn, niezbyt przekonując tym mężczyznę.
— To ja jestem opiekunem jego domu i to ja, zdecyduję o jego karze. Za mną, Draco.
Tłum rozstąpił się przed nimi, gdy opuszczali gabinet. Zgromadzeni spoglądali na nich ciekawsko, zapewne przyciągnięci niespodziewaną obecnością Malfoya, którego ostatnio ciężko było zobaczyć w miejscach publicznych, nie licząc lekcji.
— Idę do… Muszę iść do łazienki — powiedział Harry i już go nie było.
— Ja tak samo — rzuciła kasztanowłosa do Ginny i wybiegła za przyjacielem.
Złapała go na korytarzu, rozglądającego się na boki.
— Wcale mnie nie zdziwiło, że poszłaś za mną — zaśmiał się chłopak.
— Wiesz, że nie powinniśmy ich śledzić…
— Ale też uważasz, że coś tutaj nie gra, prawda?– wyjął z kieszeni pelerynę niewidkę i spojrzał na nią pytającym wzrokiem — Zawsze mogę iść sam, Hermiono, ale nie staraj się mnie nawet powstrzymywać.
Powiedziawszy to zarzucił na siebie magiczną tkaninę, a dziewczyna wzdychając w duchu, dołączyła do niego, czując narastające wrzuty sumienia. Teraz ufała Ślizgonowi niemal bezgranicznie, wiedziała, że nie byłby w stanie okłamać ją drugi raz na jakikolwiek temat. Jednak zdawała sobie sprawę, że dla niego zatajenie prawdy a kłamstwo robiły dużą różnicę.
Jak za dawnych lat, tylko z wyjątkiem Rona, zgarbili się, by peleryna zakryła im nogi i zaczęli przemierzać korytarze, przyciskając uszy do każdych drzwi po kolei.
Ich kroki maskowała muzyka dochodząca z imprezy. Hermiona była już niemal pewna, że Snape zabrał Dracona do swojego gabinetu w lochach, gdy nagle przy ostatniej dziurce od klucza, usłyszeli głosy.
—… pozwolić na błędy, bo inaczej zostaniesz wydalony ze szkoły.
— Nie będę powtarzał milion razy, że nie miałem z tym nic wspólnego.
— Mam nadzieję, że mówisz prawdę, bo jesteś podejrzany w tej sprawie…
— Doprawdy? Bardzo ciekawe.
— Bądź poważny, Draco. Zresztą sam mogę…
— Przestań stosować na mnie swoje sztuczki. Wiesz, że potrafię cię powstrzymać.*
Przez chwilę panowało milczenie, a potem Gryfoni usłyszeli ciche dyszenie, wydobywające się z wewnątrz.
— Widzę, że twoje zdolności magiczne się pogorszyły — syknął profesor, nie kryjąc irytacji — Jesteś zbyt rozproszony, nie umiesz wytworzyć należycie silnej bariery wokół siebie. W twojej głowie pełno tej Granger. Nawet rozmawiając teraz ze mną o niej myślisz!
Harry drgnął i Hermiona poczuła, że na nią patrzy, ale nie miała śmiałości, by odwzajemnić jego spojrzenie. Czuła jakby niewidzialny ogień wypełnił jej żyły i powędrował prosto do serca, które wybuchło od nadmiernej ilości emocji.
On o niej myślał. Cały czas. Tak samo jak ona o nim.
Poczuła jak ogarnia ją ogromne uczucie miłości, które po paru sekundach przerodziło się w niepokój. Jeszcze tylko brakowało im, żeby nauczyciele zaczęli plotkować na ich temat.
— To niewybaczalny błąd! Myślisz, że co zrobi twój ojciec lub ktoś inny — wypowiedział to słowa z naciskiem — gdy odkryją, że masz  do czynienia ze szlamą, a co gorsza, że coś cię z nią łączy… Twoje zadanie, powinieneś skupić się na nim, a nie uganiać się za jakimiś dziewczynami.
— Nie uganiam się za żadnymi dziewczynami i nie dbam o tę misję. Wcale się o nią nie prosiłem.
— To może powinieneś zacząć wreszcie o nią dbać. Jesteś na tyle dojrzały, żeby wiedzieć, co jest teraz dla ciebie najważniejsze, a wręcz konieczne do wykonania. Nie na darmo złożyłem Niezłomną Przysięgę, zapewniając twoją matkę, iż ci się powiedzie…
— Nie potrzebuję twojej ochrony, a tym bardziej pomocy. Umiem poradzić sobie sam, a teraz myślę, że to już koniec rozmowy. Jestem pewien, że profesorowie zaczną się zaraz niepokoić, gdzie zniknąłeś na tak długi czas.
— Daruj sobie tę ironię i jeśli chcesz, żeby wszystko skończyło się dobrze, zrób to poprawnie. Błędy nie zostaną wybaczone. Włącza się w to także twoja oklumencja. Chyba nie chcesz, żeby twojej przyjaciółce przytrafiło się coś złego, bo ktoś może coś źle zinterpretować. Nie zapominaj o tym, kim naprawdę jesteś.
Usłyszeli kroki nauczyciela po drugiej stronie drzwi i rzucili się w bok, gdy tylko się otworzyły. Zaczął iść w stronę gabinetu Slughorna z niezgłębionym wyrazem twarzy.
Gdy zniknął zza rogiem, Hermiona zwróciła się szeptem do Gryfona:
— Pozwól mi z nim pogadać, Harry. Proszę cię.
— Widzimy się w Pokoju Wspólnym — odpowiedział nieco drżącym głosem — Bądź ostrożna.
Zostawił ją samą i ruszył w kierunku schodów, przez co domyśliła się, że nie miał zamiaru wracać już na imprezę. Nie dziwiła mu się: po tej dziwnej rozmowie sama nie mogła skupić na niczym myśli. Wiedziała tylko, że Draco na pewno potrzebował w tej chwili towarzystwa.
Wytarła spocone dłonie o zimny materiał czerwonej sukienki, wzięła wdech i ostrożnie otworzyła drzwi.
Malfoy stał tyłem do niej, wyglądając przez okno. Odwrócił lekko głowę i rozluźnił się, gdy zobaczył, że to ona.
Zamknęła za sobą drzwi i podeszła do niego, nie odrywając wzroku od bladego odbicia jego twarzy w ciemnym oknie.
Dziewczyna stanęła za nim, oparła czoło o jego plecy i objęła go mocno, łącząc dłonie na jego torsie. Zamknęła oczy i zaciągnęła się mocnym zapachem jego perfum.
— Coś się stało? — zapytał troskliwie, próbując odwrócić ją do siebie, ale dał za wygraną, kiedy nie poluźniła uścisku.
Dotknął delikatnie jej dłoni, po czym ujął je w swoje, łącząc ich ręce.
— Czemu uciekłaś z przyjęcia? Aż tak tam nudno beze mnie?
— Żebyś wiedział. Gdy Ginny dowiedziała się, że idę bez pary, postanowiła, że zrobi to samo i dotrzyma mi towarzystwa, ale i tak widziałam, że cały czas szukała tylko Harry’ego w tłumie — wymruczała w materiał jego marynarki.
Ślizgon cicho się zaśmiał, ale był to wymuszony, niewesoły dźwięk.
— Dobrze się czujesz, Draco? Wszystko w porządku? No wiesz, ta twoja rozmowa ze Snape’em i Filch…
— Nic mi nie jest. Nie usłyszałem niczyich kroków i wpadłem prosto na niego… Nie wiem, co się ze mną dzieje… Ale wiesz, może powinniśmy być bardziej uważni, Hermiono.
— Co masz na myśli?
Puścił jej dłonie i wyswobodził się z jej objęć. Odwrócił się na pięcie i spojrzał na nią z góry bolesnym wzrokiem.
— Nie uważasz, że powinniśmy zaprzestać okazywać sobie uczucia i zacząć się bardziej starać utrzymać nasz związek w sekrecie? Zobacz, Dumbledore coś wie, uczniowie plotkują, ostatnio nawet Potter… To zaczyna wymykać się spod kontroli.
Gdyby nie usłyszała tego, co powiedział Snape o jego pogarszających się zdolnościach oklumencji, na pewno poczułaby się bardzo urażona.
— O co tak naprawdę ci chodzi, Draco?
— Jestem śmierciożercą. Nawet jeśli wyznałem wszystko dyrektorowi, nie oznacza to, że nic złego nie może się stać. Jeśli podczas świąt ktokolwiek się dowie, jaka jesteś dla mnie ważna, nie wiem, co mogą ci zrobić… Ja nawet nie potrafię cię ochronić i to sprawia, że nienawidzę siebie jeszcze bardziej.
— Oczywiście, że potrafisz mnie ochronić — zaśmiała się cicho i zmierzwiła zaczepnie jego jasne włosy, by pozbyć się z jego twarzy tego udręczonego wyrazu — Już tyle razy mi pomogłeś i byłeś przy mnie w ciężkich chwilach. Poza tym nie potrzebuję niczyjej ochrony, umiem zadbać sama o siebie i zawsze mam po swojej stronie przyjaciół. Nie martw się, nic złego się nie wydarzy. A ludzie i tak już coś wiedzą, a ja nie mam zamiaru powstrzymywać swoich uczuć. Nawet jeśli bardzo bym chciała, nie jestem w stanie…
— Hermiono, ale ja jestem…
— Jesteśmy po tej samej stronie. Wierzę w ciebie i kiedy wrócisz do domu, wystarczy, że skupisz się na chwili obecnej i nikt się o niczym nie dowie. Jesteś jednym z najlepszych czarodziejów, jakich znam.
Draco uśmiechnął się z zadowoleniem i dumnie wypiął pierś. Kasztanowłosa musiała się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
— Oczywiście zaraz po mnie. Nie zapominaj, kto zdobywa najlepsze wyniki w tej szkole!
— Nie bądź taka pewna siebie! — prychnął lekceważąco i zamknął ją w swoich ramionach, składając na koniec pocałunek na jej malinowych ustach.
— A tak poza tym, Granger…  Nie powinnaś nigdzie chodzić w takiej obcisłej sukience, kiedy nie ma mnie obok. Wyglądasz zabójczo, mogę tylko zgadnąć, co ci wszyscy sztywniacy sobie myśleli o tobie na tej twojej  imprezce — powiedział chwilę później, mierząc ją uważnym spojrzeniem od stóp do głów.
— Nawet nie wiesz, ilu przystojniaków zabijało się, żeby ze mną zatańczyć. — wyszeptała zadziornie, czując jak fala gorąca uderzyła ją w twarz.
— Ale ty czekałaś na swojego księcia z bajki, mam rację?
— Dokładnie, mój książę z bajki wreszcie się pojawił, mimo że nie dostał zaproszenia i uratował mnie z od tych wszystkich namolnych adoratorów. Szkoda tylko, że gdzieś po drodze zgubił swojego rumaka i nie mogliśmy wspólnie udać się do zaczarowanej krainy.
— W ostateczności i tak teraz jesteś tutaj razem z nim. Niczego więcej nie potrzeba ci do szczęścia, prawda?  A tak szczerze, to z kim ty tam właściwie tańczyłaś, Granger?— zapytał, poważniejąc w jednej chwili.
Obrzucił ją nieufnym spojrzeniem, co w jego wykonaniu wyglądało zupełnie komicznie, a Hermiona poczuła się przyjnajmniej jakby zdradziła swojego męża, robiąc coś niewybaczalnie nagannego. W jego oczach malowała się uraza i zmartwienie, czego nie umiał do końca przyznać, gdyż nie pozwalała mu na to jego duma.
— Och, no wiesz, było takich paru, ale już nawet nie pamiętam ich twarzy, a co dopiero imion — odparła nonszalancko z leniwym uśmiechem.
— Granger, natychmiast przestań, taka postawa kompletnie ci nie pasuje. Szybko mi powiedz z kim tańczyłaś…
— Czyżby ktoś tutaj był zazdrosny?
— I tak znajdę tych kolesi i osobiście wytłumaczę im, żeby się do ciebie nie zbliżali — warknął, a jego oczy zalśniły groźnie.
Gryfonka przewróciła oczami i trąciła go w ramię, posyłając mu także karcące spojrzenie.
— Tylko żartuję… Może McLaggen był trochę zbyt chętny do rozmowy, ale jakoś sobie poradziłyśmy z Ginny. Pamiętasz? Obydwie poszłyśmy bez pary.
— I bardzo dobrze zrobiłyście. Może nie każdy o tym wie, ale pamiętaj, że jesteś moja.
Te słowa wywołały dreszcze podekscytowania na jej skórze. Nim zdążyła ochłonąć z emocji, Draco ponownie ją pocałował, a ona momentalnie zapomniała, co chciała jeszcze powiedzieć.
***


— O jakiej przysiędze była mowa, Hermiono? Jak myślisz? — zapytał ją Harry godzinę później.
Zaraz po przyjściu dziewczyna zapadła się w czerwonym fotelu obok niego i wspólnie wpatrywali się w wesoło płonący ogień w kominku.
— Nie mam pojęcia — przyznała, głośno wzdychając. — Nie powiedziałam mu, że znowu go podsłuchiwaliśmy. Ale to wygląda tak, jakby Snape miał dopilnować, że Draco wypełni jakąś misję. Obiecał jego matce, więc musiała go o to poprosić. Może to coś dotyczącego szkoły…
— Chyba żartujesz. Myślisz, że rozmawiali o szkole? — obruszył się Gryfon — Dlatego czytał mu w myślach, wspomniał o oklumencji i tobie? Właśnie wyszło na jaw, że Malfoy zajmuje się śmierciożerstwem, a Snape najprawdopodobniej bierze w tym udział!
— Sama nie wiem, ale… — zobaczyła desperację w jego oczach i zaczęła mu współczuć. Harry był Wybrańcem. Miał pokonać Voldemorta, który próbował zabić go wiele razy i musiał coś robić, rozważać, żeby nie zwariować. Nic więc dziwnego, że uczepił się postaci jasnowłosego Ślizgona, który w rzeczy samej zachowywał się czasami bardzo podejrzanie. — Mogę cię zapewnić, z czystym sercem, że Malfoy nie jest twoim wrogiem, ani nie zrobi niczego złego przeciw tobie. Tak jakby jest po twojej stronie. Ja mu ufam, a jeżeli ty ufasz mi choć jeszcze troszkę, uwierz w moje słowa.
— Oczywiście, że ci ufam — zdziwił się — Nie wiem, czemu myślisz inaczej… Ja po prostu widzę, że on nie jest odpowiedni dla ciebie i się martwię. Nawet Snape dał mu do zrozumienia, że może stać ci się krzywda przez to, że tylko o tobie myśli!
— Chciał go nastraszyć… Ale nie wiem, co powinnam myśleć o jego słowach. Wiem, że nie jest przeciwko Dumbledore’owi, ale może powinieneś zapytać dyrektora na kolejnym spotkaniu, co to wszystko mogło znaczyć, tak dla pewności.
— Tak właśnie zrobię, ale coś czuję, że Snape nie jest wcale taki dobry, jak ci się wydaje…
— Nie zapominaj, że mimo wszystko jest w Zakonie Feniksa, co oznacza, że Dumbledore na niego liczy.
— Nie możesz po prostu zapytać Malfoya, co to miało znaczyć? Czego Snape tak właściwie od niego chciał? Powinien ci powiedzieć, skoro…
Nie skończył, gdyż do pokoju wparowała pewna drobna, rudowłosa osóbka w ciemnej sukience z grubym, złotym paskiem zawiązanym na tali.
— Czy wy do reszty zwariowaliście? — syknęła Ginny z wyrzutem — Zostawiliście mnie tam zupełnie samą! Mieliście tylko skoczyć do toalety, a nie dość, że nie było was przez całą godzinę, to jeszcze wróciliście sobie tutaj, nawet mnie o tym nie informując.
— Wybacz, Ginny. Coś się stało i musieliśmy porozmawiać — powiedział Harry, marszcząc czoło.
— Niby co takiego?
— Teraz to już naprawdę nieważne…
— Ale czekaliśmy tutaj na ciebie — wtrąciła Hermiona, próbując załagodzić sytuację.
— Och, super. Doceniam to, że czuwaliście tutaj do pierwszej w nocy, czekając na mój powrót — burknęła, siadając obok nich — zaraz zaczną schodzić się ludzie. Slughorn tak się opił, że McGonagall postanowiła, że to już czas do łóżek. Zresztą jutro trzeba wstać wcześnie…
—  A co z Luną? Trochę mi głupio, że też ją zostawiłem — przerwał jej Potter.
— Och — Weasley machnęła ręką — Chyba nawet o ciebie nie pytała. Świetnie rozmawiało się jej z profesor Trelawney. Swoją drogą to bardzo miłe, że ją zaprosiłeś — dodała dziwnie obojętnym głosem.
— Ach… Tak… No bo wiesz, chciałem zaprosić kogoś innego, ale tak jakoś zostałem źle poinformowany w pewnej kwestii i… — zaczął się plątać i uciekać wzrokiem w bok.
— Naprawdę? Kogo chciałeś zaprosić? — siostra Rona uniosła ciekawsko brew.
— Wiecie co — wtrąciła się Granger, rozumiejąc że coś zaczyna się święcić — jestem bardzo zmęczona i… nie do końca spakowałam swój kufer, a przecież z rana wyjeżdżamy.
— Masz rację, idź już spać i dokończymy naszą rozmowę po świętach — powiedział chłopak, patrząc na nią znacząco.
— Jutro się już raczej nie zobaczymy, bo wyjeżdżam wcześniej… Jadę z rodzicami w góry, także wesołych świąt! Bądźmy w kontakcie i pozdrówcie ode mnie Rona.
Uściskała się z nimi szybko i odeszła w kierunku dormitoriów dziewcząt, czując jak wypełnia ją błogie uczucie beztroski. Spędziła ze swoimi przyjaciółmi trochę czasu, Potter chyba wreszcie przestał się na nią gniewać i do tego spotkała się z Draconem. Jedynie podsłuchana rozmowa napawała ją lekkim niepokojem, ale nie chciała teraz o tym myśleć. Jutro zaczynała się przerwa świąteczna i miała zamiar cieszyć się wolnym czasem z rodzicami.
Stanęła na szczycie schodów i ogarnęła cały Pokój Wspólny wzrokiem. Czerwone i złote barwy wywoływały uczucie ciepła i bezpieczeństwa, sprawiając, że miała ochotę szeroko się uśmiechać. Kolorowe bańki i łańcuchy porozwieszane dookoła oraz srebrzysta choinka stojąca na środku, a także ogień płonący w kamiennym kominku, dały jej poczuć, że naprawdę nadeszło Boże Narodzenie.
Odwróciła się na pięcie, gdy zauważyła, że Harry i Ginny znacznie się do siebie zbliżyli. Miała nadzieję, że tej nocy nikt im już nie przeszkodzi.

***

Święta minęły w oka mgnieniu i od razu po Nowym Roku, Hermiona była już spakowana. Ministerstwo przygotowało jednorazowe podłączenie do sieci Fiuu, by uczniowie mogli bezproblemowo i bezpiecznie powrócić do szkoły. Dziewczyna cieszyła się z tego szybkiego sposobu podróżowania, choć w gruncie rzeczy nie należał do najprzyjemniejszych, chciała jednak jak najprędzej spotkać swoich przyjaciół. Ginny napisała jej w liście, że Harry’ego odwiedził Minister Magii i dziewczyna wręcz umierała z ciekawości o co też mogło chodzić. Dlatego gdy znalazła się w Wieży Gryffindoru i przywitała z Gryfonami, od razu poprosiła Pottera, żeby wszystko jej opowiedział. Okazało się, że Rufus Scrimgeour chciał po prostu wyciągnąć od niego informacje na temat Dumbledore’a i tego, czy rzeczywiście jest Wybrańcem, co nieustannie powtarzał Prorok Codzienny, lecz chłopak niczego mu nie zdradził.
W styczniu cała czwórka, razem z Ginny, która ostatnimi czasy spędzała z Harrym niemal każdą wolną chwilę i z Ronem, który nagle zaczął unikać Lavender jak ognia, zbliżyła się do siebie jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Każdy dzień kończył się wspólnym przesiadywaniem w Pokoju Wspólnym, z ciepłym kubkiem kakaa i rozprawianiem na temat tego, co być może planował Voldemort. Każde z nich czuło, że już wkrótce miało stać się coś złego, przez co Potter stawał się coraz bardziej nerwowy, ale na szczęście nie zamykał się już w sobie, jak to robił kiedyś, tylko dzielił się z nimi każdymi przemyśleniami.
Hermiona i Ron wiedzieli, że któregoś dnia, gdy zacznie się wojna, ostateczne starcie, zostaną z Harrym i razem stawią czoła, czającemu się gdzieś tam złu.
Mimo, że Dumbledore zapewnił ciemnowłosego Gryfona, że nie musi się martwić o złe zamiary Snape’a, chłopak wciąż nie mógł w to uwierzyć, kierowany swą intuicją. Zauważył także, dzięki Mapie Huncwotów, że Malfoy przestał w ogóle odwiedzać ich siódme piętro i Pokój Życzeń, co nieznacznie go uspokoiło. Draco bowiem zastosował się kompletnie do zaleceń dyrektora i postanowił przerwać naprawianie szafki zniknięć, ale nie mógł jednak przewidzieć tego, że ktoś inny przejął tę misję…
Wydawało się, że wszystko układało się dobrze — Hermiona regularnie spotykała się z Malfoyem na Wieży Astronomicznej, a Potter przestał to w jakikolwiek sposób komentować, Ron zerwał z Brown i zaczął odnosić sukcesy w qudditchu, a odwieczne marzenie Ginny wreszcie się spełniło: ona i Harry wreszcie stali się parą — lecz tego dnia miało wydarzyć się coś złego.
Katie Bell po niemal trzech miesiącach leczenia w Mungu, wreszcie wróciła do szkoły, co spowodowało, że w zamku znowu zawrzało na temat tajemniczego oprawcy i zabójczego naszyjnika z opali. Na zadane przez Wybrańca pytanie, dziewczyna odpowiedziała, że niczego nie pamięta z dnia tamtego incydentu.
Tego popołudnia przyjaciele, jak zwykle siedzieli w fotelach niedaleko kominka, tylko Ginny przebywała z koleżankami w bibliotece przygotowując się do nadchodzących SUM-ów. Reszta Gryfonów także studiowała uważnie książki, mając na uwadze, nadchodzące wielkimi krokami, egzaminy końcowe, przez co w pomieszczeniu panowała rzadko spotykana cisza, co w zupełności wystarczało kasztanowłosej, żeby skupić się na swoim eseju z transmutacji.
— Harry, może zamiast wczytywania się w tę głupią książkę Księcia Półkrwi, mógłbyś wreszcie zająć się nauką — upomniała go dziewczyna, uzmysławiając sobie, że spędził już niemal całą sobotę na tym bezsensownym zajęciu.
— Daj mu spokój. Przecież ten podręcznik jest o wiele bardziej przydatny i interesujący niż to twoje wypracowanie i w ogóle ta durna transmutacja — stwierdził Ron, przymierzając się do zjedzenia ostatniej Czekoladowej Żaby, która została mu ze świąt.
— Muszę się jakoś odstresować — mruknął Gryfon, poprawiając okrągłe okulary — Jutro Dumbledore zabiera mnie ze sobą… Powiedział, że wie, gdzie możemy znaleźć kolejnego horkruksa. Kto wie, może nawet uda się nam go zniszczyć — wyszeptał, pochylając się w ich stronę.
— Ale to będzie bezpieczne, prawda? W sensie... nigdy nie możecie przewidzieć, co się stanie, gdy już go zniszczycie. To w końcu… jego cząstka.
— Przecież Dumbledore z nim będzie. Nie ma się o co martwić — uspokoił ją Weasley.
— Wiecie co — odezwał się po chwili milczenia — pójdę się przejść.
Hermiona patrzyła, jak Harry przechodzi przez dziurę za portretem, stwierdzając że na pewno idzie spotkać się z Ginny.

Kasztanowłosa zaczęła się nieco martwić, kiedy Gryfon nie pojawił się na kolacji. Rudowłosa natomiast powiedziała jej, że w ogóle się z nim dziś nie widziała, przez co dziewczyna uznała, że chłopak jest naprawdę zestresowany swoją jutrzejszą misją i potrzebował samotności.
Przy stole Ślizgonów, nie zauważyła także nigdzie Dracona, co tylko pogorszyło jej humor. Blondyn obiecał, że przestanie się już wszystkim zadręczać i zacznie regularnie uczestniczyć w posiłkach.
Kiedy pół godziny później wróciła do Wieży Gryffindoru, zastała tam Harry’ego z ubraniami zabrudzonymi krwią, która zdążyła już zaschnąć.
— Co się stało? Jesteś ranny? — zapytał Ron z lękiem, lustrując go uważnym spojrzeniem.
— To nie moja krew— wyszeptał z bladą twarzą.
— Więc czyja? — Gryfonka podeszła bliżej i zauważyła, że unikał patrzenia jej w oczy. Poczuła silny skurcz w żołądku — Harry, powiedz nam, co się stało.
Do pokoju zaczęli schodzić się uczniowie i spora część z nich przystanęła w miejscu, gdy zobaczyła, w jakim stanie był okularnik. Ludzie zaczęli szeptać, a co poniektórzy wskazywali na niego ręką, opowiadając coś sobie z poruszeniem, jakby wieści już do nich dotarły.
Potter wreszcie przełknął ślinę i wyrzucił ze siebie słabym głosem:
— Walczyłem z Malfoyem… Nie wiem, jak dokładnie do tego doszło. Wciąż jestem oszołomiony, ale użyłem zaklęcia z mojej książki do eliksirów i…
— I co? — ponagliła go, słysząc wahanie w jego głosie — Powiedz natychmiast, co do cholery, się stało!
— Krew wytrysnęła z jego klatki piersiowej, jakby cięto go niewidzialnym mieczem… Byliśmy w toalecie Jęczącej Marty. Zachwiał się i upadł na posadzkę...
Hermiona poczuła, jak jej nogi odmawiają jej posłuszeństwa i niemal nieświadomie usiadła na drewnianym krześle, próbując powstrzymać falę łez, która naszła jej do oczu.
— Po chwili zjawił się Snape, z pewnością ściągnięty piekielnym zawodzeniem Marty… Wypowiedział parę zaklęć powstrzymując krwotok i Malfoya przeniesiono do skrzydła szpitalnego. Podobno nic poważnego mu nie będzie, Hermiono… Naprawdę mi przykro, ja nie wiedziałam, co robię. Malfoy próbował użyć przeciwko mnie Cruciatusa, więc...
— Od samego początku mówiłam ci, że z tym księciem jest coś nie tak! — warknęła, zrywając się nagle na równe nogi. — Patrz, co narobiłeś… Zraniłeś niewinną osobę. Jak w ogóle mogłeś zacząć z nim tak po prostu walczyć, Harry? To niepoważne i niedojrzałe zachowanie! Nie masz już dwunastu lat… A co gdyby Snape przyszedł za późno? Jak mogłeś rzucić zaklęcie, którego nawet nie znasz?
Czuła, że za chwilę zupełnie eksploduje od ilości odczuwanych emocji. Była wściekła na Harry’ego, na samą siebie, że nie dopilnowała go, żeby pozbył się tego przeklętego podręcznika i równocześnie umierała z niepokoju o Dracona. Jak przedstawiał się jego stan? Czy bardzo cierpiał? Czy był świadomy bólu, jaki zadał mu Potter? Dlaczego jej przyjaciel nie mógł ten jeden raz powstrzymać się od tych głupich kłótni chociażby ze względu na nią? Dobrze wiedział, jak bardzo zależało jej na Ślizgonie.
Chłopak spuścił głowę z wielkim poczuciem winy, wymalowanym na twarzy i szepnął słowa przeprosin.
— Hej — oburzył się Ron — nie zrzucaj na niego całej odpowiedzialności, Hermiono. Znając Malfoya na pewno sam się prosił o bójkę. Moim zdaniem Harry tylko się bronił i nawet dobrze się stało, że wreszcie dał mu za…
Nie dokończył widząc pełne mordu spojrzenie Granger, jakim go obrzuciła.
— Jak w ogóle możesz mówić, że to dobrze, że ktoś wylądował w skrzydle szpitalnym? Cieszy cię świadomość, że ktoś został ranny?
— Jaki ktoś? To przecież Malfoy…
— Myślałam, że masz więcej rozumu w głowie, Ronald! Jesteś nieludzkim i podłym…
— Przestańcie!— uciszyła ich Ginny, która do tej pory obserwowała ich wymianę zdań z boku — Nie widzicie, że wszyscy się na was gapią?
— Zajmijcie się swoimi sprawami!— krzyknął gniewnie rudowłosy do Gryfonów, którzy stopniowo zaczynali otaczać ich kółkiem — Jako prefekt naczelny, każę się wam rozejść!
— Och, proszę bardzo, niech każdy się dowie, że Ronald Weasley czerpie radość z cudzej krzywdy! — syknęła Hermiona, piorunując go wzrokiem.
Z powrotem opadła na siedzenie, a Harry poszedł w jej ślady, w pełni rozumiejąc, że miała prawo, żeby być wściekłą.
— Opowiedz nam więc, co wydarzyło się dalej. Snape dowiedział się o twojej cennej książce z eliksirów? — spytała, wypluwając wręcz ostatnie słowo, jakby znaczyło coś niezwykle ohydnego.
— Nie, zdążyłem się jej pozbyć. Schowałem ją w Pokoju Życzeń. To zaklęcie pochodziło podobno z zakresu czarnej magii. Tumaczyłem, że przeczytałem je gdzieś w bibliotece, ale oczywiście nikt mi nie uwierzył. W każdym razie to nie wina księcia, jestem pewien, że tylko zapisał to zaklęcie i nie chciał, żeby ktokolwiek je wypróbował…
— Chcesz powiedzieć, że zamierzasz zabrać ją z powrotem?
— Tak, wiesz, że nie użyłbym przeciw nikomu takiego zaklęcia, ale nie możesz winić księcia. Gdyby nie on, nie zdobyłbym Felix Felicis, nie uzyskałbym wspomnień od Slughorna, a tym samym wiedzy na temat horkruksów…
— A także reputacji znakomitości eliksirów, na którą nie zasługujesz — wtrąciła złośliwie.
— Przestań, Hermiono! — zawołała Ginny — Malfoy próbował użyć Zaklęcia Niewybaczalnego. Powinnaś się cieszyć, że Harry miał coś dobrego w zanadrzu!
— Oczywiście, że się cieszę, że uniknął klątwy — odpowiedziała głęboko dotknięta — Ale patrz do czego to jego świetne zaklęcie go doprowadziło! Czemu w ogóle zacząłeś z nim rozmowę? Znając Malfoya, musiałeś powiedzieć coś, co nieźle go sprowokowało.
— Powiedziałem mu tylko, że dobrze wiem, że jest śmierciożercą i że to przez niego Katie trafiła do Munga oraz, że powinien trzymać się z daleka od… — nie dokończył w porę się powstrzymując, ale Grager i tak zrozumiała, że była mowa o niej.
Teraz była wściekła także na Dracona, za to, że dał się sprowokować i zburzyć niby swój stoicki spokój. Jakim prawem pomyślał, że mógł rzucić na Pottera klątwę? Czy to przez to, że Gryfon przejrzał go na wylot?


Wiadomość o całym zajściu rozeszła się po zamku w błyskawicznym tempie: najwyraźniej Jęcząca Marta postanowiła zrelacjonować przebieg wydarzeń w każdej toalecie. Malfoya w skrzydle szpitalnym zdążyła już odwiedzić Pansy Parkinson, co wyprowadziło Hermionę z równowagi, gdyż ona nie mogła po prostu zrobić tego samego, nie wywołując plotek, zaś Snape dokładnie powtórzył gronu pedagogicznemu, co się zdarzyło. Potter został wezwany do profesor McGonagall, która oznajmiła mu, że ma szczęście, że nie został usunięty ze szkoły, i że całym sercem popiera karę szlabanów u Snape’a w każdą sobotę do końca semestru.*

Po ciszy nocnej Hermiona poprosiła Pottera o pożyczenie jego peleryny niewidki, na co chłopak od razu się zgodził, zgadując, co zamierzała zrobić.
Dziewczyna nie pamiętała nawet, kiedy przemierzyła całą drogę do skrzydła szpitalnego. Miała wrażenie, jakby jej umysł i ciało zupełnie się rozdzieliły. Już po paru minutach stała pod drzwiami, dzielącymi od jej ukochanego. Musiała jednak zaczekać, aż pani Pomfrey opuści pomieszczenie. Straciła rachubę czasu trwająctam  w zupełnym bezruchu. Gdy wreszcie drzwi  się otworzyły i pielęgniarka wyszła, Gryfonka szybko wparowała do środka.
W podłużnym pomieszczeniu panował lekki półmrok, jedynym źródłem światła były świece porozstawiane na nocnych szafkach, blisko łóżek, a przez strzeliste okna wpadał słaby blask księżyca.
Kasztanowłosa minęła dwa łóżka, zasłonięte parawanami i trafiła na to Dracona. Leżał na materacu bez koszulki, przykryty do połowy kołdrą, a jego wolno opadająca klatka była owinięta białą chustą.
Podeszła bliżej i zobaczyła na jego rękach, ramionach, a także twarzy cięte, czerwone rany, jakby od noża, a także niemal niewidoczne blizny na wnętrzu jego przedramion.
Momentalnie zabolało ją serce, a w oczach stanęły słone łzy na widok jego skrzywdzonego ciała. Uzmysłowiła sobie, że niektóre blizny były dosyć świeże, nie widziała ich na jego ciele, gdy w zeszłym roku spędzali czas razem w jego posiadłości w lesie. Na myśl tego, co musiał przeżyć po tamtych wakacjach, jak bardzo musiał cierpieć, podczas każdego powrotu do domu, sprawiła, że przeszył ją lodowaty nóż. Do tego nigdy nic nie powiedział, nigdy się nie skarżył…
— Hermiona… — usłyszała nagle jego słaby głos i pomyślała, że mówi przez sen, ale później otworzył oczy i z wysiłkiem rozejrzał się dookoła.
— Jestem tutaj — powiedziała prędko, zrzucając ze siebie pelerynę — Skąd wiedziałeś?
— Poczułem twoje perfumy… I chyba właśnie o tobie śniłem, Granger. Najwidoczniej ktoś wysłuchał moich modlitw i się pojawiłaś —wymruczał, patrząc na jej twarz rozbieganym wzrokiem.
Uklękła przed jego łóżkiem, tak by znajdować się mniej więcej na jego poziomie i posłała mu smutny uśmiech. Starła krople potu spływające po jego czole, kładąc później dłoń na jego policzku.
— Draco, czemu to zrobiliście? Dlaczego walczyłeś z Harrym? Nie mogłeś chociaż przez chwile sensownie się zastanowić nad swoimi czynami?
— Przyszłaś tutaj, żeby prawić mi kazania, Granger? Typowe — jego głos był kpiący i nieco bardziej wyraźny.
— Nie, ja tylko mówię, że nie powinieneś tego zaczynać…
— To chyba sam wiem. Myślisz, że nie żałuję? Zostałem przykuty do łóżka i do tego powiedzieli mi, że mam tutaj spędzić cały jutrzejszy dzień. Jakby i tak nie było już wystarczająco źle, Pansy zapewniła mnie, że mi potowarzyszy. Istny koszmar. Muszę kazać Zabiniemu zamknąć ją w dormitorium… Zresztą Blaise stał się jakoś dziwnie opiekuńczy, ale na moją prośbę, żeby przynieść mi odrobinę whisky, od razu odmówił, a wcześniej obiecał, że spełni każdą moją zachciankę. A ja uważałem go za przyjaciela, przecież każdy idiota wie, że alkohol działa znieczulająco, odkażająco, a ja przecież jestem ranny… Wszędzie roi się od tych fałszywych osób, którzy bezkarnie nazywają siebie przyjaciółmi.
— Tak,alkohol na pewno by ci pomógł, a zwłaszcza, gdybyś wypił go, w takim stanie, Draco — prychnęła Gryfonka, przykładając rękę z powrotem do jego czoła — Chyba masz gorączkę.
— Daj mi skończyć — przerwał jej z niecierpliwością — jakby tego wszystkiego było mało, Snape nie chciał zostawić mnie samego, a potem wszyscy ci głupi profesorowie przyszli tutaj i gapili się na mnie, jakbym był  rzadko spotykaną odmianą jakiejś sklątki tylnowybuchowej…
— Sklątki? Draco, mówisz jakoś tak bez sensu, może się prześpij…
— I patrzyli się na mnie i patrzyli, a ja zwijałem się z bólu…
— Nadal cię boli? — zapytała, krzywiąc się.
— Szczerze mówiąc to już nic nie czuję. Ale bolało jak diabli. Co jak co, ale Potter zna się na rzeczy. Chyba jeszcze nigdy nikt nie zdołał mnie pokonać, a on…
— Dobrze już, dobrze — ucięła, gdy zaczynał mówić z coraz większym, niepodobnym do niego zaangażowaniem — Dali ci jakieś leki, prawda?
— Zmusili mnie do wypicia jakiegoś świństwa i właściwie nagle poczułem się strasznie śpiący — oznajmił, głośno ziewając i przymykając powieki.
Hermiona niemal podskoczyła, kiedy gwałtownie złapał ją za rękę.
— Zostań ze mną, dopóki nie zasnę — poprosił cicho.
Przesunął się na bok, robiąc jej miejsce i pokazując jej wzrokiem, żeby położyła się obok. Dziewczyna zmarszczyła czoło, obejrzała się za siebie i  postanowiła spełnić jego prośbę, zakładając, że ma jeszcze trochę czasu, nim pojawi się pani Pomfrey.
Wgramoliła się na łóżko i starając się go nie dotknąć, położyła się obok.
— Nie musisz być taka ostrożna. Mówiłem, że nic nie czuję.
Odwrócił głowę w jej stronę, posłał jej blady uśmiech i z powrotem zamknął oczy. Granger zaczęła gładzić jego twarz dłonią, a później jej powieki zaczęły robić się coraz cięższe, aż w końcu opadły.
Przyjemnie było leżeć obok Dracona, czuć jego ostry zapach pomieszany z zapachem jakiś magicznych ziół, czuć jego miękką skórę pod dłonią i słyszeć ciche bicie serca.
— Hermiono, obiecaj mi, że w przyszłości zamieszkamy daleko od Pottera. Ja naprawdę go nienawidzę — powiedział jeszcze Ślizgon zaspanym głosem.
— Rozważę to — mruknęła, nie mogąc powstrzymać wesołego uśmiechu.
— Granger, ja chyba tracę zmysły…
— Po prostu zamknij oczy i spróbuj zasnąć…
— Ale jak mogę spać, skoro widzę Snape’a nad moją głową… Nie chcę mieć koszmarów.
Gryfonka szybko się podniosła i zastygła, widząc Mistrza Eliksirów stojącego nad łóżkiem Malfoya. Jego twarz była ściągnięta w wyrazie oburzenia.
— Gryffindor traci trzydzieści punktów. Proszę natychmiast wrócić do swojego dormitorium, Granger, a w następną sobotę widzę ciebie w moim gabinecie razem z Potterem — powiedział wolno, niemal nie poruszając ustami.

***

Wybiła siedemnasta, gdy Harry wbiegł do Pokoju Wspólnego, jak zawsze ściągając na siebie wzrok wielu uczniów. Wyglądał na nieco przestraszonego, czy też oszołomionego, na co wskazywała jego blada jak papier twarz i krwawe ślady od zagryzania warg na ustach.
— Co się stało?— zagadnął go Ron, gdy przebiegł koło niego i Hermiony, kierując się do swojego dormitorium.
Po paru minutach wrócił i kucnął przed nimi, dając im znak, żeby obydwoje pochylili się w jego stronę.
— Nie mam czasu na szczegółowe wyjaśnienia — wydyszał — Dumbledore myśli, że zabieram pelerynę niewidkę.
— A więc już wyruszacie — stwierdziła Gryfonka.
— Tak, ale nie w tym rzecz. Właśnie dowiedziałem się, że to Snape usłyszał siedemnaście lat temu przepowiednię dotyczącą mnie i Voldemorta, i że to właśnie on, powtórzył ją Voldemortowi, przez co wiedział, kogo ma zaatakować.
Hermiona wciągnęła gwałtownie powietrze, a Ron otworzył szeroko usta, kręcąc głową z niedowierzaniem.
— Nie mam teraz czasu, żeby opowiedzieć wam, co się stało — powtórzył szybko, gdy już otwierali usta — Pewne jest tylko, że Snape nie ma czystego sumienia i że zawsze mógł być w zmowie z śmierciożercami, nawet teraz… Dumbledore ślepo mu ufa. Słuchajcie… Wiem na pewno, że on lub Malfoy coś planują, a dziś dyrektora nie będzie w zamku. To dla nich idealna szansa…
— Harry, Draco leży ranny w skrzydle…
— Przestań mi przerywać, Hermiono — syknął gniewnie i wsunął jej do ręki Mapę Huncwotów — Po prostu go obserwujcie i Snape’a też. Korzystajcie z pomocy każdego z GD. Dumbledore twierdzi, że szkoła jest chroniona, ale jeśli jest w to zamieszany Snape, to on na pewno wie, jak obejść zabezpieczenia, ale nie będzie się spodziewał, że będziecie go pilnować, nie?
— Harry… — zaczęła Gryfonka, oczy miała rozszerzone od strachu.
— Nie ma teraz czasu — powiedział sucho — Weźcie jeszcze to — wsunął Ronowi do ręki skarpetki, na co ten wytrzeszczył oczy — W środku jest Felix Felicis. Dzięki temu każde wasze pragnienie się spełni, podzielcie to pomiędzy siebie i Ginny… Pożegnajcie ją ode mnie… Muszę już iść.
— Nie! — krzyknęła dziewczyna, kiedy rudowłosy wyjął buteleczkę złotawego płynu i przyjrzał się jej z lękiem. — Nie chcemy tego, ty to weź. Kto wie, z czym przyjdzie ci się zmierzyć?*
— Nic mi nie będzie, Dumbledore o mnie zadba… Nie patrzcie tak na mnie, jeszcze się zobaczymy!
I wybiegł zostawiając ich z identycznie przerażonymi minami.
— Myślisz, że może mieć rację? — wychrypiał Gryfon.
— Myślę, że intuicja Harry’ego prawie nigdy go nie zawodzi.
Otworzyła mapę i rzuciła okiem na teren siódmego piętra. Serce zabiło jej mocniej, gdy zobaczyła kropkę z nazwiskiem Stephan Dashwood, tuż przed miejscem, gdzie zwykle stawali, kiedy chcieli dostać się do Pokoju Życzeń. Poczuła się jak kompletna idiotka, rozumiejąc nagle, że w szkole mogło być więcej śmierciożerców, a w tym zupełnie zapomniała o postaci fałszywego Owneya, przed którą zawsze ostrzegał ją Draco. I znowu, to samo miejsce, magiczny pokój ,,Przychodź— Wychodź’’, w którym musiało mieścić się coś podejrzanego, może nawet broń…
— Biegnij szybko po Ginny i pójdziemy znaleźć resztę GD… O, Neville, chodź tutaj! — krzyknęła, widząc, że przechodził obok.
— Hej… Co się dzieje? — zapytał z nieco tępym wyrazem twarzy.
— Neville, idź szybko poszukać jakiś członków z GD i przyprowadź ich przed obraz Grubej Damy, proszę cię!
Bez zadawania zbędnych pytań, pokiwał głową i ciesząc się w duchu, że ich stara organizacja przechodzi reaktywację, wybiegł przez dziurę za portretem, ciągnąc za sobą Deana.
— Możesz mi tylko powiedzieć…
— Ron, posłuchaj mnie uważnie. Harry przez ten cały rok nie powinien obserwować Malfoya, byłam z nim cały czas w kontakcie i wiedziałam, że nie jest groźny, to Owney jest tym złym i teraz na niego musimy zwrócić uwagę. Śledź cały czas mapę, o tę kropkę, z nazwiskiem Dashwood.
— Dashwood? Nie znam żadnego…
— Bo to Dominic, to jego prawdziwe imię, och… Jak mogłam być taka głupia. Powinniśmy też zwrócić uwagę na resztę Ślizgonów i Snape’a.
— Nie bardzo rozumiem, ale… Patrz, Snape jest w swoim gabinecie — powiedział szybko, patrząc na teren lochów. — Nie wiem, czy to wszystko ma sens…
— Coś musi być w tym pokoju, skoro każdy, kto ma coś wspólnego z Voldemortem się tam kręci…
— Hej, co się dzieje? — podbiegła do nich Ginny, marszcząc czoło — Neville biega po szkole i mówi, że GD właśnie wraca do życia…
— Dobrze, że jesteś, pójdziesz ze mną obserwować Snape’a. Wszystko wytłumaczę ci po drodze. A ty Ron kręć się na naszym korytarzu z resztą i miej oczy szeroko otwarte, pamiętaj: Dashwood — zerwała się na równe nogi i chwyciła młodszą Gryfonkę za rękę — Byłbym zapomniała, eliksir szczęścia, podzielmy go po równo...


***

Równo z wybiciem godziny dziewiętnastej, Draco zażył swoją ostatnią dawkę eliksiru i zbył panią Pomfrey, która namawiała go, by został w skrzydle szpitalnym jeszcze jedną noc.
Zapinał właśnie swoją czarną koszulę, próbując jednocześnie zignorować nieznośny ból, który czuł w klatce piersiowej, kiedy nagle usłyszał głośne stukanie do szpitalnego okna.
Mrużąc oczy, dojrzał za oknem, na tle ciemnego nieba, małą sówkę z przymocowanym liścikiem do nóżki. Szybko wpuścił ją do środka i nie zdziwił się, gdy okazało się, że wiadomość była skierowana do niego.

Zaczęło się, Draco. Już dzisiaj dopełni się ich wola. Bądź gotowy i ostrożny.
E.D

Stał w miejscu przez parę minut, czytając raz za razem trzy krótkie zdania. Na pewną chwilę strach całkowicie sparaliżował jego mięśnie, gdy wyobraził sobie śmierciożerców demolujących szkołę, wrzeszczących w panice uczniów i Granger starającą się stawić im czoła. Ale w jaki sposób zwolennicy Czarnego Pana mieli zamiar wedrzeć się do Hogwartu? Po tym, gdy podczas świąt dowiedział się, że szafka zniknięć miała umożliwić im przejście, przestał zajmować się jej naprawą, tak jak zresztą poradził mu Dumbledore. Zaczął nagle bardzo żałować, że nie wspomniał mu o niej, kiedy ostatni raz rozmawiali.
Jeśli ktoś inny naprawił ten przedmiot, może udałoby mu się jeszcze  w jakiś sposób go zniszczyć… Chyba, że śmierciożercy znaleźli inny sposób transportu, ale w takim razie powinien zostać o tym powiadomiony, ponieważ żyli w przekonaniu, że wypełnia swoją misję.
Dziękując w duchu Elizabeth za ostrzeżenie, wrzucił kartkę do ognia i nie zważając na ból, ani wołania pani Pomfrey, opuścił pomieszczenie, kierując się na siódme piętro.
Nie spodziewał jednakże się, że na korytarzu zastanie grupkę Gryfonów, którzy zupełnie bez powodu wymierzyli w niego różdżkami. Rozejrzał się dookoła, ale nigdzie nie było śladu po Granger.
— Daj mi przejść, Weasley — powiedział ostro, starając się zachować resztki cierpliwości. Nie było czasu do stracenia…
— Żebyś mógł dostać się do Pokoju Życzeń?— zapytał defensywnie Ron — Nie ma mowy…
— Myślę, że coś źle zrozumiałeś — warknął, także wyciągając różdżkę — Powiedziałem: daj mi przejść. W innym razie zmiotę ciebie i twoich przyjaciół jednym zaklęciem.
Rudowłosy miał już coś odpowiedzieć, gdy nagle do ich uszu doszedł głośny tupot kroków. Longbottom wyłonił się zza rogu i krzyknął z oczami rozszerzonymi z przerażenia:
— To oni! Śśmierciożercy…
Nim ktokolwiek zdążył zareagować zalała ich horda postaci w ciemnych szatach, zmiatając ich zaklęciem na boki. Draco i paru innych Gryfonów rzuciło na nich zaklęcia, które odbiły się od nich, jak gdyby byli chronieni niewidzialną tarczą. W powietrzu dało się wyczuć tak wielką ilość negatywnej energii i czarnej magii, że część uczniów, aż sama cofnęła się do tyłu, uderzając ciałami o kamienne ściany.
Ślizgon rozpoznał Dashwooda idącego na czele i wtedy zrozumiał, jaki był głupi, kiedy zignorował jego obecność. To on obserwował go cały ten czas i to on naprawił za niego tę przeklętą szafkę zniknięć. Zaraz za Krukonem kroczył potężny i znienawidzony przez Malfoya, Greyback, a zaraz obok niego Bellatrix z kręconymi,odstającymi włosami i obłąkańczym uśmiechem na ustach. Znał jeszcze parę innych osób, a tożsamości reszty nie mógł stwierdzić ze względu na założone maski. Wszyscy mieli na sobie czarne peleryny z okropnymi turpistycznymi elementami. Było ich więcej niż dziesięciu…
Gryfoni zaczęli wzywać pomocy i starać się przebić przez czary chroniące ich wrogów, ale już po chwili w całym korytarzu zrobiło się czarno, jakby ktoś rzucił zaklęcie nieprzeniknionej ciemności. Ludzie zaczęli wpadać na siebie, a wyblakłe, czerwone błyskawice latały w powietrzu.
— Przestańcie, zaatakujecie naszych! — krzyknęła rozpaczliwie jakaś dziewczyna.
— Nie dajcie im uciec! Niech ktoś zawoła Dumbledore’a…
— Dumbledore’a nie ma w zamku! — odpowiedział ktoś niedaleko niego i wtedy Malfoy zrozumiał, że nie mają żadnych szans na obronę.
Jako jeden z nielicznych wiedział, że oni przyszli tu właśnie po niego, po Albusa Dumbledore’a.
Starał się dowiedzieć, gdzie jest Granger, ale zgubił Rona, po tym, jak na powrót zapłonęły pochodnie. Zewsząd roiło się od krzyczących i panikujących uczniów, a nauczyciele biegali we wszystkie strony, każąc im wracać do dormitoriów.
— Zakon Feniksa! Natychmiast wezwijcie zakon — powiedziała profesor McGonagall, gdy zrozumiała, co się dzieje — Zwołajcie wszystkich nauczycieli i prefektów wyższego roku, starsi uczniowie też mogą zostać… Poszli w stronę Wieży Astronomicznej, wiedzą, że dyrektor już wrócił…
Profesor Flitwick pokiwał głową i zaczął przedzierać się przez tłum, a profesor Sprout zaczęła wołać do siebie uczniów. Miała przetransportować ich na dół.
Malfoy nie wiedział, co powinien zrobić: znaleźć Granger, wytłumaczyć McGonagall, że śmierciożercy mieli zamiar zabić Dumbledore’a, żeby jak najszybciej wysłać mu posiłki, ostrzec wszystkich przed Snape’em, który tak naprawdę był po stronie Czarnego Pana, czy po prostu pobiec na Wieżę Astronomiczną i starać się ich powstrzymać.
Choć bardzo chciał się upewnić, czy Hermiona jest bezpieczna, wybrał ostatnią opcję. Jeżeli nie zauważył jej na siódmym piętrze, oznaczało to, że była gdzieś indziej, co równocześnie znaczyło, że znajdowała się daleko od tych wydarzeń.
Udał się z resztą chętnych w stronę wieży, prowadzony przez Opiekunkę Gryffindoru. Okazało się, że walka między uczniami a poplecznikami Czarnego Pana wywiązała się już wcześniej. Część śmierciożerców rozproszyła się po całym zamku, a reszta  zasłoniła sobą schody, uniemożliwiając wejście na górę. Było zupełnie ciemno, zaklęcia latały we wszystkie strony, a oni zdawali się być gotowi walczyć z adeptami na śmierć i życie.
— Owney wbiegł do góry  i zablokował zaklęciem wejście, nie da się przejść! Odrzuciło mnie w powietrze — Draco usłyszał, jak Neville relacjonował wszystko profesorce.
Przekleństwa rzucane przez intruzów, całkowicie na oślep, mijały uczniów o milimetry, a niektórych zwalały z nóg.
Malfoy broniąc się różdżką podszedł po omacku w kierunku kręconych schodów i nie zdziwił się, gdy przeszedł przez barierę, jakby jej tam w ogóle nie było. Zrozumiał, że tylko osoby z wytatuowanym Mrocznym Znakiem, były w stanie oprzeć się tym czarom.
Nie czekając aż ktokolwiek go zauważy, wbiegł szybko po schodach i gwałtownie się zatrzymał, kiedy usłyszał głos Owneya:
— Rosmerta dała mi znać, że wychodzisz. Wiedziałam, że Mroczny Znak od razu ściągnie cię do szkoły…
— A więc zastawiliście na mnie pułapkę? — usłyszał, jak zwykle, spokojny ton dyrektora. Brzmiał jak gdyby rozmawiał z niesfornym uczniem i starał mu się wytłumaczyć, dlaczego jego zachowanie jest złe.
— Dokładnie tak.
— Tak czy siak, zostało nam niewiele czasu, przedyskutujmy twój wybór, chłopcze. Wiedziałem, że jesteś szpiegiem, pod fałszywym imieniem, ale nie interweniowałem wcześniej, bo wiedziałem, że zginąłbyś, gdyby Lord Voldemort domyślił się, że cię podejrzewam.
Draco zbliżył się i wyjrzał zza kamiennej ściany. Dyrektor stał przodem do niego, oparty o barierkę, rozbrojony, a Stephan mierzył w niego jego własną różdżką.
— Nie ośmieliłem się wspomnieć niczego na temat twojego powiązania ze śmierciożerstwem na wypadek, gdyby użyto przeciw tobie leglimencji. Teraz jednak mogę śmiało powiedzieć, że jestem w stanie ci pomóc zejść z tej złej drogi, jaką wybrałeś.*
— Przestań do mnie mówić! Nie nabiorę się na twoje sztuczki, jestem dumny z tego, że zostałem wybrany! Malfoy jest zbyt wielkim tchórzem, żeby dopełnić swoją misję. Pozwolili mi ją skończyć na wypadek, gdyby zawiódł…
Na dole rozległ się huk i coraz głośniejsze krzyki, wydawało się, że walka trwa już na spiralnej klatce schodowej wiodącej na szczyt wieży.
Ślizgon nie mogąc już dłużej znieść tej głupiej gadaniny Dashwooda, wyszedł z ukrycia i jednym zaklęciem pozbawił chłopaka przytomności. Krukon upadł na ziemię, puszczając trzymane wcześniej dwie różdżki.
— Draco, nie powinieneś w takiej chwili…
— Później dokończy sobie pan z nim rozmawiać, zresztą myślę, że już trochę za późno, żeby przekonać go do siebie — zaśmiał się kpiąco.
Obejrzał się szybko za siebie, po czym z powrotem przerzucił wzrok na Dumbledore’a, który zdawał się niezbyt cieszyć z jego obecności, a przecież go uwolnił.
— Niech pan ucieka, śmierciożercy będą tu lada chwila. Niech pan weźmie różdżkę i ucieka. — powtórzył z gorączkowym tonem — Z tego co słyszałem Zakon Feniksa zaraz ma się pojawić. Gdy pan zniknie, oni dadzą sobie spokój i nas zostawią…
— Nie mogę uciec, Draco — przerwał mu mężczyzna — Doceniam twoją pomoc, ale nie mogę zostawić moich uczniów i szkoły.
— To niech chociaż się pan broni. Na co pan czeka? Mam panu podać różdżkę? — warknął z irytacją, co chwilę sprawdzając, czy ktoś się zbliża.
— Słyszałeś, że kapitan jako ostatni opuszcza statek, gdy ten tonie…
— O czym pan, do diabła, mówi? Nie jestem głupi i wszystko rozumiem, ale Hogwart jeszcze nie upadł, a pańscy uczniowie walczą teraz na śmierć i życie, więc niech pan może…
— Muszę zaczekać na Severusa….
— Snape panu nie pomoże! — krzyknął, tracąc całą cierpliwość — To twoja ostatnia szansa, więc do jasnej cholery… Nie pomogłem ci na darmo...
— Nigdy się przed nikim nie przyznawaj, że jesteś po mojej stronie — przemówił nagle Dumbledore mocnym głosem, podchodząc do niego bliżej — Prawdziwa wojna właśnie się zaczęła i będzie trwać. Tylko Harry może to zakończyć…
— O jakiej wojnie mówisz? Teraz trzeba obronić uczniów i…
— Nie rozumiesz, że nie mogę się bronić? Jeśli to zrobię, będziesz skończony, a Lord Voldemort mimo twoich niesamowitych zdolności oklumencji i tak dowie się, że zwróciłeś się do mnie o pomoc. Ukaże ciebie i twoich bliskich, a nawet może zabije. To co dzieje się teraz, musi się dziać. Musi się dopełnić… Masz o kogo walczyć, Draco. Bądź silny dla panny Granger...
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i na mury wpadły cztery osoby w czarnych szatach, odpychając Malfoya na bok. Wyglądało na to, że śmierciożercy wygrali bitwę, toczącą się u stóp wieży.
Nieproporcjonalnie zbudowany mężczyzna z groteskową twarzą uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd krzywych, żółtych zębów.
— Dumbledore osaczony! Dumbledore rozbrojony! — wykrzyknęła kobieta z równie ohydną twarzą, co jej towarzysz — Dobra robota, Draco! — pochwaliła go, źle interpretując tę sytuację.
Chłopak poczuł bolesny skurcz w żołądku, gdy zdał sobie sprawę, że dyrektor naprawdę nie zamierzał się bronić. Stał tylko i mierzył ich dobrodusznym spojrzeniem, a Malfoy czuł jak słone łzy szczypią go w oczy.
— Dobry wieczór, Amycusie — powiedział Albus, jakby witał się z gościem na popołudniowej herbatce — I przyprowadziłeś ze sobą Alecto, jakże miło…
Kobieta prychnęła, nagle zirytowana.
— Myślisz, że żarciki pomogą ci w godzinie śmierci?
— To tylko dobre wychowanie — sprostował.
— Zrób to! — warknął stojący obok Greyback. Jego głos przypominał bardziej ujadanie, a jego szaty wydawały się być na niego nieco przyciasne. Arystokrata wyczuł od niego dziwny odór, mieszaninę brudu, potu i krwi. Miał ochotę powalić ich wszystkich zaklęciem, szczególnie Fenrira, pamiętając wszystkie krzywdy, jakie wyrządził jemu, Granger i Marlonowi...w Falconie. 
Gdy spojrzenia Dracona i Dumbledore’a się spotkały, ten dał mu niemo do zrozumienia, żeby niczego nie robił.
— Mamy rozkazy, Draco musisz to zrobić! No już, szybko — ponaglił go czwarty śmierciożerca.
Chłopak stał w bezruchu, a jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Patrzył się tylko w te błękitne oczy, szukając w nich jakiejś instrukcji. Nie po to zwrócił się do niego po pomoc, żeby teraz oglądać jego śmierć i nie mogąc nic uczynić, czując przy tym tak wielkie poczucie winy.
Od strony schodów znów dało słyszeć się odgłosy bitwy i jakiś głos zawołał:
— Zablokowali schody… Reducto!
Ślizgona podniosło to na duchu; jeszcze nie przegrali. Modlił się w tej chwili, żeby ktoś z Zakonu Feniksa szybko się tu zjawił i zakończył całą tę chorą sytuację. Udawał, że nie słyszy ich głosów, głucho powtarzających ,, Zrób to!’’,  ,, Zabij!’’. W tym momencie musiał skupić się tylko na tych błękitnych tęczówkach, które jako ostatnie powstrzymywały go przed zranieniem tej czwórki. Powtarzał sobie, że nie może się zdemaskować, że faktycznie prawdziwa wojna dopiero się zacznie, a on musi być żywy, by chronić Hermionę.
Nagle w drzwiach klatki schodowej stanął Snape i błyskawicznie zlustrował rozgrywającą się scenę: Dumbledore’a opadającego z sił, wściekłych śmierciożerców i Dracona, bez wyrazu, zastygłego w bezruchu niczym posąg.
— Mamy problem, Snape — odezwał się Amycus —  Chłopak nie wydaje się zdolny do niczego…
W tym momencie ktoś jeszcze wypowiedział łagodnie imię Snape’a i blondyn zacisnął mocno zęby, żeby powstrzymać falę łez, gdy zdał sobie sprawę, że Dumbledore mówił błagalnym tonem.
Kłóciło to się nieco z logiką, ponieważ, jeśli Albus naprawdę chciał zostać ocalonym, miał szansę uciec wcześniej… Chyba że błagał Snape’a o śmierć lub po prostu udawał.
Mężczyzna nie odrzekł nic tylko podszedł bliżej, mijając leżącego na ziemi Owneya. Czworo śmierciożerców cofnęło się bez słowa.
Mistrz Eliksirów wpatrywał się przez moment w twarz dyrektora, a na surowym, bladym obliczu malowała się nienawiść i odraza.
— Severusie… Proszę…
Ciemnowłosy czarodziej uniósł różdżkę i wycelował ją w Dumbledore’a.
 Avada kedavra!
Promień zielonego światła trafił go prosto w pierś. Zaklęcie wyrzuciło go w górę i przez ułamek sekundy wydawało się, że dyrektor zawisł w powietrzu tuż pod lśniącą, złowrogą czaszką, a potem powoli zaczął opadać na dół, niczym wielka, szmaciana lalka i zniknął im z oczu.*

Draco nie zauważył, kiedy Snape złapał go za ramię i zaczął prowadzić na dół, osłaniając go równocześnie przed zaklęciami rzucanymi przez Zakon Feniksa.
— Już po wszystkim! Musimy iść!
Był prowadzony na dół, a czerwone i zielone światła mieszały się ze sobą, i odbijały od nich, gdy zbiegali po schodach, jak uciekinierzy z miejsca zbrodni. Dokładnie tak było.
Malfoy czuł się jak morderca. Wszystkie emocje i wspomnienia z Falconu w jednej sekundzie wróciły do niego, by uderzyć w niego z niezwykłą siłą — sam zabił Marlona, a teraz pozwolił na śmierć niewinnego człowieka, który był być może jedyną nadzieją dla dobra ludzkości.
 Przestał myśleć, widzieć, co działo się wokół. Jak kukiełka dał siebie prowadzić do wyjścia z zamku. Czuł na sobie dotyk człowieka, który przed momentem bez zawahania pozbawił kogoś życia, co sprawiało, że fala mdłości podeszła mu do ust. Niemal się wywrócił, gdy przed oczami zaczęły przewijać mu się obrazy: płacząca twarz Marlona, nieustępliwy wyraz twarzy Dumbldore’a, zrozpaczona Granger… W uszach wciąż mu  brzmiał  ten błagający szept starego człowieka.
Gdy wydostali się z zamku, świeże i zimne powietrze nieznacznie go ocuciło, ale szok wciąż nie minął. Wywrócił się, gdy Snape nagle go puścił, mówiąc coś pod nosem o Potterze. Blondyn podniósł głowę i zobaczył, że Gryfon faktycznie był tuż za nimi i teraz rzucał zaklęciami w profesora, a reszta śmierciożerców za rozkazami Severusa zaczęła uciekać w głąb lasu, by wejść na teren, z którego można było się teleportować.
— Walcz! Walcz, ty tchórzliwy...— wydzierał się Potter.
Malfoy podniósł się na chwiejących nogach i gdy zobaczył, że opiekun jego domu tylko blokuje Pottera tarczą, stwierdził, że nic złego mu nie grozi i korzystając z chwili nieuwagi, szybko wbiegł do zamku. Musiał znaleźć Granger… Musiał wiedzieć, czy jest cała, zawsze mogli gdzieś razem uciec lub się ukryć. W każdym razie nie mógł wrócić ze Snape’em, choć zdrowy rozsądek podpowiadał mu że niemożliwością było zostanie w Hogwarcie po tym co się stało, po tym jak z pewnością większa część szkoły wiedziała już o tym, że był śmierciożercą.
Wszędzie roiło się od biegających osób, a w pewnym momencie ktoś powalił go na ziemię, zapewne uważając, że był sprzymierzeńcem Czarnego Pana.
— Mam młodego Malfoya!— krzyknął jakiś mężczyzna.
— Chwileczkę!
Nie zważając na ból, uniósł głowę rozpoznając głos Hermiony. W tej całej mieszaninie wszystkich możliwych świateł, jak w zwolnionym tempie widział, jak biegła do niego, a tłum zdawał rozstępować się przed nią.
Chłopak na chwilę stracił orientację i zdawało mu się, że znajduje się w zupełnie innym spokojnym miejscu: słyszał delikatną muzykę, dobiegającą gdzieś z oddali, jakby delikatne dźwięki pianina, widział czarne niebo, na którego tle wybuchało milion fajerwerków, a jego ukochana zbliżała się do niego, tylko jej twarz była wykrzywiona w wyrazie przerażenia, co burzyło idealną harmonię tej wizji.
— Och, Draco — załkała, kucając obok niego i pomagając mu wstać — Oni myślą, że jesteś po ich stronie, nikt mnie nie słucha… Nie wiem, co się stało… Dumbledore zniknął, a Harry ruszył w pogoń za śmierciożercami. Mamy dwie opcje, albo teraz uciekniesz i unikniesz kary lub zostaniesz i postaramy się im wszystko wyjaśnić, a Dumbledore potwierdzi, że o wszystkim wiedział. Teraz to on jest jedyną osobą, która może cię obronić…
— Hermiono, tak bardzo mi przykro — wychrypiał, a tak długo powstrzymywane łzy pociekły mu po policzkach — Nie mogę tutaj z tobą zostać… Musimy uciec, inaczej nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy. To koniec…
— Draco, o czym ty mówisz? To śmierciożercy wdarli się do szkoły, nikt nie będzie cię winił. Ron powiedział, że nie brałeś w tym udziału, to Stephan ich wpuścił do zamku…
Nagle niedaleko nich rozległ się szaleńczy głos Bellatrix i Malfoy już wiedział, że nie mają wiele czasu.
—  Nie pozwolą mi tak po prostu tutaj być, a gdy to zrobię, od razu wtrącą mnie do Azkabanu, mam Mroczny Znak na ramieniu, Hermiono! Musisz zdecydować… — wyrzucił ze siebie szybko z desperacją w głosie.
Patrzyła na niego z niezrozumieniem, nieświadoma tego co się wydarzyło. Nie mogła wiedzieć, że w tej chwili ich związek nie miał tutaj żadnej szansy na przetrwanie, że ostatnia osoba, która mogła naprawdę mu pomóc, umarła. Tak jak powiedział Dumbledore, Draco nie mógł się zdemaskować, nie teraz, gdy bitwa miała się dopiero zacząć.
Czuł, że nie była gotowa, żeby zostawić wszystko i z nim uciec. Jego pomysł nagle zaczął wydawać mu się strasznie śmieszny i absurdalny. 
Głos jego znienawidzonej ciotki stawał się coraz wyraźniejszy, a on nie mógł pozwolić, żeby  ponownie zobaczyła go z Hermioną.
Chociaż pękało mu serce, a jego ruchy sprawiały mu wewnętrzny ból, pochylił się i pocałował Granger po raz ostatni. Był to szybki, niedbały gest, pełen paniki i bólu.
— Nie miałem nic wspólnego z tym, co się stało. Nigdy nie przestawaj we mnie wierzyć, słyszysz? Jestem po twojej stronie, zawsze o tym pamiętaj!
— Draco…
— Obiecuję ci, że za jakiś czas spotkamy się ponownie. Kocham cię.
Nie czekając na jej odpowiedź, uniósł różdżkę i rzucił na nią zaklęcie galaretowatych nóg w tej samej chwili, w której Bellatrix stanęła przed nim. Stanął tak, by w miarę możliwości zasłonić sobą leżącą dziewczynę.
— Tu jesteś — wysyczała kobieta, a na jej twarzy widniał obrzydliwie chytry uśmiech — Wynosimy się, Draco! Natychmiast, zaraz zjawią się posiłki…
Pociągnęła go za rękę, a on posłusznie ruszył za nią. Odwrócił się gdy przekroczył próg drzwi wyjściowych i zobaczył, jak kasztanowłosa słania się po posadzce i krzyczy coś w jego kierunku, a gorące łzy spływają jej po policzkach.
Żałował, że pożegnał ją właśnie w taki sposób i że ten udręczony wyraz jej pięknej twarzy będzie mu towarzyszył już do końca życia.


*
*
*
*
*
*
*
*
*
*
*
*
*
*
*

Hermiona później wiele razy zastanawiała się, czemu nie krzyczała, dlaczego nie błagała o to, żeby nie odchodził, gdy użył przeciw niej zaklęcia, sprawiając, że nie mogła się ruszyć. Może była w zbyt wielkim szoku i nie rozumiała, co się działo. Może myślała, że udawał tylko przed Bellatrix, żeby ich związek nie wyszedł na jaw, a później miał zamiar do niej wrócić i pomóc jej wstać. Sens jego słów dotarł do niej za późno. Po tym jak zniknął, jeszcze długo wołała jego imię, naiwnie wierząc, że to nie jest ich pożegnanie. Nie miała nawet czasu, żeby cokolwiek powiedzieć, nie rozumiała, jak poważna była sytuacja.
Gdyby tamtego dnia obudziła się, wiedząc co miało się wydarzyć, rozegrałaby wszystko inaczej: maksymalnie wykorzystałaby cały czas spędzony z Draconem, zapewniając go jak bardzo go kocha, zastawiłaby z Harrym pułapkę na śmierciożerców, a Dubledore teraz by żył i wciąż mieliby nadzieję, że mogą wygrać tę wojnę. Teraz straciła wszystko: Malfoya, najpotężniejszego czarodzieja i w jednocześnie ich mentora, a w tym wiarę, na to, że uda się im samym zwyciężyć.
Przyszłość Gryfonki, tak samo jak i całego magicznego świata, malowała się w ciemnych barwach. Jej serce krwawiło, a ciało było rozbite na milion drobnych kawałeczków, które już nigdy nie miały połączyć się z powrotem w całość. Powodując, że mogłaby zacząć czuć coś innego zamiast tego potwornego bólu, rozrywającego jej duszę. 
Patrzyła na gwiaździste niebo i pocieszała ją myśl, że Draco jest gdzieś tam w ciemności pod tym samym sklepieniem, razem z nią, że może nawet w tej chwili widzą to samo. Od teraz to niebo miało być ich jedynym łącznikiem. Nie sądziła, że rozmowa, którą mieli zaledwie rok temu w jego posiadłości w lesie, na temat nieskończoności tego niebieskiego świata, teraz tak bardzo zyska dla niej na wartości.
 Stała na Wieży Astronomicznej, opierając się o barierkę i zastanawiała się jakby to było skoczyć w dół, spadać bezwładnie, oddając się sile grawitacji. To w tym miejscu Dumbledore'a pozbawiono życia, to tutaj Draco po raz pierwszy ją pocałował, tutaj rozmawiali godzinami i wpatrywali się razem w niebo, tutaj się spotkali po tym pamiętnym meczu Gryfonów i Ślizgonów, gdy blondyn stwierdził, że powinni zerwać kontakty, i to wreszcie tutaj się schowali, kiedy bliźniacy niemal nakryli ich razem. Ta wieża do reszty przesiąknęła ich uczuciami do siebie i wspomnieniami, dotyczącymi drogi ich poznania; w tych murach mieściła się spora historia ich miłości. I to także właśnie ten teren był równocześnie miejscem zbrodni. 
Zaczęła się wojna, a oni byli po przeciwnych stronach.
— Do zobaczenia, Draco — szepnęła, a mroźny wiatr zabrał jej słowa i poniósł hen daleko.






Proszę byś przed snem spojrzał w niebo i pomyślał o mnie, że jestem, żyję i zasypiam pod tym samym niebem, co Ty. Skoro nie mogę być przy Tobie to przynajmniej możemy dzielić te chwile i a nuż uda nam się sprawić, by nasza miłość trwała wiecznie.
Nicholas Sparks






* w tekście pojawiły się fragmenty, pochodzące z książki Harry'ego Pottera










Witajcie, kochani!
I oto jest, ostatni rozdział. Zakończenie nie jest zbyt optymistyczne, ale nie martwcie się, będzie jeszcze epilog. Postaram się go na pewno dodać szybciej, żeby skończyć przed wrześniem tę historię. 
Jest mi strasznie głupio, że kazałam Wam tyle czekać i nie będę siebie niczym usprawiedliwiać. Choć zabrzmi to strasznie głupio, nie miałam czasu, moja wena wyparowała i byłam zbyt pochłonięta innymi czynnościami; życiem. 
Jak widzicie rozdział jest długi, ale próbowałam nie iść na skróty i w miarę możliwości rozwinąć wątki. W jednym dniu napisałam 15 stron, więc wybaczcie mi ubogi język i wszelkie inne błędy.
Komentujcie, mówcie co myślicie, naprawdę zależy mi na Waszych opiniach i wskazówkach, a także zostawiajcie linki do swoich blogów... Nie wiem, czy jeszcze ktoś tutaj zagląda, ale liczę chociaż na niewielki odzew, biorąc pod uwagę, że to już praktycznie koniec...
Pragnę Wam także bardzo podziękować za Wasze głosy oddane na ten blog w konkursie, organizowanym przez Katalog Granger. Dzięki Wam Co serce pokocha, rozum nie wymaże zdobyło pierwsze miejsce w dziewiątej edycji, a w późniejszej trzecie. 
  Jeśli macie ochotę, możecie tutaj znaleźć wywiad ze mną: klik

 Do następnego! 
Dziękuję za Wasze wsparcie!

Ps. Zawsze możecie mnie ponaglać w komentarzach, czasem pomaga mi to w zmotywowaniu się do wzięcia się za pisanie.
Nela B.
 



15 komentarzy:

  1. Kiedy zobaczyłam, że opublikowałaś ten rozdział, nie było innej opcji, niż ta, w której usiadłam na balkonie z kubkiem herbaty i zaczęłam czytać. Okazało się, że herbata została nietknięta, wystygła, ale dzięki temu przeczytałam ten rozdział w natychmiastowym tempie.
    Jest bardzo długi, więc ja chyba zdecydowałabym się podzielić go z tego względu na dwie części, jako że naprawdę dużo się w nim dzieje, ale rozumiem Twoją decyzję, że chciałaś wszystko zamknąć w jednym. Zaczynając jednak od początku — już od początku ujęłaś mnie swoimi opisami. Uwielbiam czytać opisy, jestem z natury romantyczką, więc to dla mnie prawdziwe niebo. Pierwszy fragment zdecydowanie najbardziej uwiódł mnie właśnie ze względu na opisy, nostalgiczne i spokojne, niosące za sobą odrobinę magii.
    Muszę przyznać, że bardzo realistycznie przedstawiłaś sytuację Draco. Poszedł wyznać dyrektorowi prawdę, ale gdy przyszedł moment, w którym każdemu groziła śmierć, Dumbledore kazał ukryć Malfoyowi prawdę o wyznaniu przez niego prawdy, przejściu na tą właściwą stronę… Ta scena bardzo mną wstrząsnęła, byłam w szoku, że to tak się potoczyło — że to Dashwood będzie chciał zabić Dumbledora; nie żebym wątpiła w jego osobę, przenikniętą złem do szpiku kości, ale jakoś nie spodziewałam się tego. Nie spodziewałam się też po dyrektorze, że zakaże Malfoyowi, jak już wcześniej wspomniałam, mówić komukolwiek, że był po jego (Dumbledore’a) stronie. Z boku wszystko wyglądało nie tak, jak powinno…
    Relacja Hermiony i Malfoya jest zdecydowanie piękna i, przede wszystkim, wzruszająca. Oboje, mimo młodego wieku, są pewni swojego uczucia, wzajemnie się bronią. Czytając sceny z ich udziałem byłam strasznie rozczulona i miałam uśmiech na całej twarzy! W tych sytuacjach jest taka… hm, prostota uczuć. Nie ma nic szczególnego, żadnych fajerwerków, gorących wyznań, ale mimo to właśnie w tym tkwi prawdziwe piękno. Nie będę się rozpisywała o nich zbyt wiele, ale musisz wiedzieć, że to, jak rozwijałaś między nimi uczucie, jak zostało zbudowane i jak trwałe się okazało — majstersztyk. Nie lubię, kiedy pod koniec opowiadania główna para bohaterów się kłóci, więc nawet nie wiesz, jak bardzo jestem wdzięczna, że mimo, że skończyło się tak, jak się skończyło, to rozstali się… nadal będąc pewnymi swojej miłości.
    Harry okazał się bystrzejszy niż przypuszczałam — albo może po prostu uważnie przyglądał się zachowaniu Hermiony, co pozwoliło mu zacząć coś podejrzewać. To, że ich znalazł, tylko uświadomiło go, że miał rację. Chyba dobrze się stało, że wreszcie się o nich dowiedział, bo Hermionie spadł z serca ogromny ciężar. Mimo wszystko kocha kogoś, kto jest nienawidzony przez jej najbliższych.
    Hermiona wierzyła w Draco do samego końca, przekonywała Harry’ego o jego niewinności… Do samego końca mu wierzyła, nawet wtedy, gdy był już z innymi śmierciożercami i wszystko wyglądało źle. Ich ostatni dialog sprawił, że w moich oczach pojawiły się łzy. Może dlatego, że w wypowiedzianych przez Draco słowach czuć jest udrękę, rozpacz. Utrata kogoś, kogo się kocha, to przecież jak utrata cząstki samego siebie, a oni musieli tego doświadczyć.
    Pięknymi opisami zaczęłaś rozdział i równie pięknymi go zakończyłaś. Ta scena również skradła moje serce i myślę, że jeszcze w niedługim czasie do niej wrócę. Po raz kolejny przez słowa przekazałaś mnóstwo emocji, które odczuwa tym razem Hermiona. Słowami można wiele przekazać i Ty zdecydowanie zdobyłaś tą umiejętność, więc pozostaje mi tylko podziękować i pogratulować. Hm, myślę, że bardziej rozpiszę się przy epilogu, bo jeszcze się rozpłaczę ze wzruszenia!
    Nie wiem, jak zakończysz tę historię i na razie jest to dla mnie jedna wielka niewiadoma. Niby mam jakieś podejrzenia, ale chcę je zachować dla siebie i przy publikacji samej przekonać się, ile było w moich domysłach prawdy. Na chwilę obecną, podsumowując… rozdział zdecydowanie wynagrodził długi czas oczekiwania. Jest piękny i prosty, zawarłaś w nim wszystko to, czego oczekiwałam.
    Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku i dużo się uśmiechasz! :)

    M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczęłam czytać wczoraj, ale dokończyłam z rana! Rozdział jest bardzo długi i bardzo mnie to cieszy! Każda scena dramione była idealna i aż było czuć miłość. Pamiętam, że płakałam czytając śmierć Dumbledorea w książce i teraz było tak samo. Sprytnie pomyślane, to Stephan doprowadził misję Malfoya do końca. Liczę, że nie będzie on niczego pamiętał po ocknięciu i że nie wyda, że Draco przestał naprawiać szafkę!
    Ostatni fragment mega smutny! :(
    Mam nadzieję, że epilog pojawi się trochę szybciej...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogłam przestać się śmiać kiedy okazało się, że Snape stał nad nimi i ich obserwował haha.
    Resztę doczytam potem! Harry trochę mnie zdenerwował, ale chyba dał za wygraną... To przecież sprawa Hermiony kogo kocha!

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny rozdział, a po ostatnim zdaniu było mi bardzo smutno ponieważ myślałam że to tak się skończy(w sumie zazwyczaj są epilogi ale jakoś nie pomyślałam) ale jeszcze nie przeczytałam słów od Ciebie że będzie epilog :) Rozdział był bardzo emocjonalny, przeżywałam każde uczucia razem z Draco i Hermioną.
    Już nie mogę doczekać się epilogu ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Błagam epilog musi kończyć się szczęśliwie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Chciałam tylko napisać, częściowo w związku z twoim komentarzem sprzed prawie roku (jak ten czas leci!) na Her Draco, że postanowiłam wrócić do blogosfery. Właśnie zaczęłam publikować nowe opowiadanie. Znajdziesz je tutaj: https://patrzac-zbyt-uwaznie.blogspot.com/

    Zapraszam i pozdrawiam,
    E.

    PS Dziękuję za ten komentarz. Nawet nie wiesz ile siły mi dał, żeby zacząć pisać na nowo.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czemu nie można znaleźć rozdziału 17? przed ostatnim rozdziałem, chciałam przypomnieć sobie całe opowiadanie, a tu taki psikus :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://co-serce-pokocha-dramione.blogspot.com/2015/02/ciche-nadzieje-rozdzia-17.html?m=1

      Przepraszam, chwilowy błąd :)

      Usuń
  8. Nie zauważyłam że dodałaś nowy! Przestałam wgle czytać blogi! Ale mam zaciesz teraz hahaha <33 wybacz spóźnienie Nela. ♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  9. Nieee, tak nie może być kochana! Nie kończ tego opowiadania tak szybko, ukaż nam dalsze losy obojga zakochanych ♥ Piszesz tak świetnie że chcialabym przeczytać jeszcze mnóstwo rozdzialow w ktorych ukazesz nam dalsze zycie bohaterow widziane twoimi oczami!! Ta historia na to w stu procentach zasluguje, mam nadzieje ze to przemyslisz i nie zakonczysz swojej wspanialej pracy dodajac juz ten nieszczesny epilog :) Pozdrawiam serdecznie ☺ i nie ukrywam ze licze na dalszy rozwoj wydazen a nie koniec :(

    OdpowiedzUsuń
  10. To jest cudowne opowiadanie. Zaczęłam je czytać i chcę je skończyć. Szczególnie ujęła mnie rozmowa Draco z Dumbledorem w tym rozdziale. Jak dokończę czytać rozdział, napiszę więcej ;) serdecznie pozdrawiam
    Halinka

    OdpowiedzUsuń
  11. To opowiadanie jest super, na serio, bardzo suuuuper xdd
    Mam nadzieję, że epilog dodasz już niedługo i że kiedyś napiszesz jeszcze jakieś dramione :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Kochana, jeśli znów będziemy musieli czekać na Twoje kolejne dzieło, możesz być pewna, że rój psychofanów, znajdzie Twój dom i będzie pod nim czatował, dopóki nie skończysz pisać. Kochamy Cię i niech wena Ci sprzyja!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga czytelniczko!
      Bardzo Ci dziękuję za ten pokrzepiający komentarz. Aż się łezka w oku kręci... Zobaczyłam go na samym początku, ale odpisuję dopiero teraz. Sama bym chciała wreszcie wziąć się za pisanie i nie przeciągać daty publikacji w nieskończoność, ale przygotowania do matury i liczne powtórki udaremniają mi to zadanie. Moja sytuacja w szkole nie jest teraz zbyt dobra, powinno być o wiele lepiej, więc jak teraz zacznę pisać to przepadnę na amen... Dlatego postaram się coś dodać podczas dłuższego wolnego.
      Dziękuję za pamięć i całuję! <3
      N.

      Usuń
  13. Kochana,od jakiegoś czasu jestem w szpitalu i na nic nie mialam ochoty. Czulam sie w pewnym sensie przytloczona i nie wiedzialam co ze sobą zrobić, gdyz na nic mi sie nie chcialo. Dosc niedawno pomyslalam ze poczytalabym jakies Dramione. Przeszukalam grupke znajdujac między innymi twoj blog. Pootwieralam mnostwo kart na telefonie z różnymi opowiadaniami, ktorych jeszcze nie czytalam albo czytalam dawno i chcialam sobie przypomniec, jednak nie moglam zacząć żadnego z nich. Balam się, ze sie rozczruje, gdyz ostatnio czytalam niesamowite Dramione, dosłownie idealne, w którym bez reszty się zakochałam. W koncu jednak przelamalam sie i sama nie wiem czemu, moj wybor padl wlasnie na twojego bloga. Nie ukrywam, z początku było dla mnie niezwykle nudne oraz pełne błędów, ale staram się zawsze mimo wszystko czytać do końca i dawac kolejne szanse owej historii. Lecz niespodziewanie moje przeczucia wzgledem twojego opowiadania mnie nie zawiodły, gdyz w późniejszych rozdzialach całkowicie mnie oczarowalas. Mimo bety zdarzały się błędy, ale każdemu sie one zdarzaja. Przestalam zwracac na nie uwage, poniewaz odciagnelo mnie od nich twoje, niewątpliwie, dzielo. A właściwie to mnie pochlonelo. Porzeralam kazdy rozdzial z prędkością światła, zapominajac całkiem o swoich problemach. Poraz kolejny Dramione uratowalo mnie i nie zawiodlo. Historia, ktora stworzylas jest cudowna, pelna zwrotow akcji, jak i przewidywalnosci, co tworzy z niej cos pięknego. Naprawdę jestem pod wrażeniem i dziękuje, ze stworzylas cos tak cudownego, cos co pokazalo mi ze i bezbłędne opowiadanie, jak i to z bledami moze byc na rownym poziomie wzgledemm tresci. Jesteś bardzo utalentowana i nie zaprzestwaj dbac o swoj dar. Pisz, pisz i pisz, kiedy tylko znajdziesz chwile czasu. Goraco pozdrawiam, caluje i gratuluje haha! <3 A co do tego rozdziału, to blagam zrob cos z ta sytuacja, bo nie da mi spokoju, poki ta dwojka nie będzie razem, znowu nie wpadna sobie w ramiona i zlacza usta w pelnym tesknoty pocalunku! Nie pozwól,zeby skpnczylo sie zle, proszeee. Szczęśliwe zakonczenie bardzo u satysfakcjonuje twoich czytelnikow oraz mnie hihi :)) I blagam, nie daj nam juz dluzej czekac w napieciu na wyczekiwaany epilog, to istne tortury! Wiec czekam z ogrooooomna niecierpliwością na następny rozdział! Nie zapominaj o nas, twoich fanach! Życzę weny! Buzka! <3

    OdpowiedzUsuń